Książka

Rozdział 1

“Aleja Smutnej Lawendy”

Codziennie mijam ulicę Karmelkową i staw zaraz obok piekarni Trzy Bułeczki. Pracują tam dwie siostry bliźniaczki- Anna i Sara oraz moja przyjaciółka Lora. Zawsze kiedy wracam z piątkowych zajęć wstępuję do nich aby napić się jedynej w swoim rodzaju herbaty z białej lipy oraz spróbować autorskiego przepisu na babeczki jednej z sióstr. W każdy przeddzień weekendu dziewczyny zaskakują mnie ich smakami i już sama nie wiem czy wolę kalafior z maliną czy białą czekoladę z aronią. Sam klimat pomieszczenia i zapachy sprawiają, że wszystko wydaje się wyjątkowo dobre. Pochłaniam każdy kęs przyglądając się wchodzącym i wychodzącym klientom, piekącym się na kamiennym piecu chlebom oraz krajobrazowi za oknem. Miasteczko jest niewielkie więc bez problemu rozpoznaję spacerującą w oddali Amelię z psem Bartkiem. Trochę kręcą się bez celu, ale z każdym krokiem są coraz bliżej mojego okna. Zwierzę niezbyt zadowolone spacerem w zimnie i deszczu próbuje zerwać się ze smyczy. Szeroko otwiera paszczę i rwie się na wszystkie strony. W końcu jednak otrzymuje pełną garść przysmaków, trochę się uspokaja i idzie spokojnie przy nodze. Potem potulnie daje się przywiązać obok drzwi Trzech Bułeczek za co dostaje kolejną garść kurczakowych rybek. Amelia wchodzi przez drzwi i przeciera zaparowane okulary. Jej blond mysie włosy od deszczu wyglądają prawie jak sople. W puchowej kurtce przypomina mi pingwina i kto by pomyślał, że jest starszą siostrą Lory. Kiedy wita się ze wszystkimi zastanawiam się skąd  czerpie siły wracając po całym dniu pracy w fabryce tkanin. Zanim jeszcze znikła za ścianą  drugiego pomieszczenia radośnie do mnie pomachała. Nalałam sobie kolejną filiżankę herbaty i ponownie wracam do moich zaokiennych obserwacji. Odrobinę się ściemniło więc niewiele widzę. Na pewno rozpoznaję wychodzącą z apteki panią Butler z lekami dla męża. Sześćdziesięciolatek od trzech lat ma chore nerki, a od dwóch nie wychodzi z domu w ogóle. To znaczy ja go tyle czasu nie widziałam, a mieszkam obok. Powoli włączają się światła uliczne i zaczyna robić się pusto. W małym miasteczku wszystko zasypia. Biorę ostatni łyk herbaty i podnoszę się z fotela.
Kiedy wychodzę z lokalu zwykle dochodzi godzina dwudziesta. Jest już kompletnie ciemno oraz mam wrażenie ,że temperatura spadła o dobre kilka stopni. Czuję jak zamarza mi nos, a do tego wiatr co chwilę podnosi mój kapelusz do góry. Mogę trzymać go jedynie lewą ręką, ponieważ w prawej niosę jeszcze ciepłą chałkę i kilka bułek.  Aby trafić do mojego domu muszę cofnąć się kilka metrów do tyłu i skręcić na rogu Wrzosowej w alejkę Smutnej Lawendy. Mieszkam praktycznie na jej samym końcu, zaraz za domem państwa Butler. W zasadzie droga ciągnie się jeszcze w prawo, ale to ślepa uliczka z niczyją stodołą. Lubię czasami się tam skradać i malować. W dawnym poidle ukryłam sztalugę z płótnem oraz farby i pędzle. Pod grubą warstwą siana na szczęście jeszcze nie przemarzły.  Dla mnie sztuka jest formą medytacji. Zwłaszcza kiedy mogę schować się przed całym światem i wiem, że nikt mi nie przeszkodzi. Potrafię przez pół dnia zatapiać się w swoich marzeniach i tworzyć. Jeśli pokażesz mi swój obraz, powiem ci kim jesteś.
Moje różowe botki z brokatem wystukują rytm, który niesie się echem urozmaicając smętne wycie wiatru. Przez kapelusz przesunięty na jedną stronę praktycznie nie widzę drogi, ale w zasadzie nie dbam o to ponieważ moje myśli krążą wokół grudniowego wernisażu, na który przygotowałam cztery obrazy. To będzie mój debiut. Nie powiedziałam nic Lorze. Udało mi się ją ubłagać żeby poszła ze mną na premierową wystawę mojego znajomego. Chcę zobaczyć jej minę kiedy przeczyta na płótnie moje nazwisko. Jeszcze tylko kilka kroków. Coraz bliżej. Mam ochotę na gorącą kąpiel i wieczór spędzony z muzyką fortepianową. Będę mogła założyć milusi szlafrok i ciapy- króliczki. I znając życie zasnę po dwudziestej trzeciej z książką w dłoni. Mijam jakąś ogromną i drogą rezydencję by zaraz za moment ujrzeć zapadający się stary dom, a potem jeszcze tylko posiadłość państwa Butlerów i będę na miejscu. Chwila moment.

Głowa nie przestaje mnie boleć odkąd się obudziłam. Nie mam pojęcia, która jest godzina ani jak długo spałam. Czuję się jakbym wróciła z imprezy życia. Najchętniej wcale nie wstawałabym z łóżka, ale mam trochę do zrobienia. Obserwuję niebo przez okno i zgaduję, że jest już po dwunastej. Jak zwykle wita mnie brak słońca oraz szara rzeczywistość mojego miasteczka. Tu nigdy nic szczególnego się nie dzieje. Wszystko płynnie przemija. Z czasem można się przyzwyczaić. Podobno. Tylko ja nie potrafię. Marzy mi się ogromne miasto. Nowy Jork albo Kalifornia. Jeśli przyszła wystawa się powiedzie planuję kolejne, a z czasem może zacznę na tym zarabiać. Wtedy sprzedam mój dom i wynajmę coś małego w metropolii. Podobno jak na debiutantkę idzie mi świetnie. Tak mówi właściciel  galerii, w której zostaną zamieszczone moje prace. Poznałam go podczas czerwcowego pikniku organizowanego przez naszą bibliotekę. Spędziliśmy kilka godzin rozmawiając o tym co oboje kochamy. Pod względem pędzla jesteśmy dla siebie bratnimi duszami. Jimmy obejrzał zdjęcia moich dzieł i w końcu mi się udało. Ktoś mnie zauważył i docenił. Chociaż sam walczy o to aby zdobyć renomę na rynku, podał mi rękę. Na wydarzenie zaprosił kilku dziennikarzy z gazet oraz średniej rangi krytyków. Podobno ma być również sam znajomy siostry redaktora z The Times! Na wernisaż wybrałam akwarelowego kota, nasz park od strony południa namalowany farbami olejnymi, lekką abstrakcję i niebieskiego królika. W piwnicy mam jeszcze cały arsenał dzieł, ale te chyba najbardziej kocham.
W końcu wstałam z łóżka, ale zawroty głowy z powrotem przyciągnęły mnie do niego jak magnes. Usiadłam i chwilę pomasowałam czoło. Niewiarygodne jak bardzo musiałam się przeziębić . Nie znam innego wytłumaczenia na moje objawy. Tylko zatoki potrafią tak bardzo człowieka położyć. Dzisiaj jest sobota. Będę miała kilka godzin na malowanie. Tylko najpierw jestem umówiona na czternastą przy Trzech Bułeczkach z Jimmym w sprawie szczegółów wernisażu. Jak dobrze, że mam zegar na ścianie i nie muszę szukać telefonu żeby sprawdzić godzinę. Dopiero dziesiąta. W końcu chwiejnie podnoszę się i podchodzę do szafy. Wyciągam lawendową sukienkę z bufkami na rękawach i różowy sweterek. Teraz jeszcze tylko dwie godziny stylizacji w łazience i będę gotowa.
Schodzę po schodach w dół i dociera do mnie coś na co nie zwróciłam wcześniej uwagi. Aby nabrać pewności szybko zmierzam w stronę łazienki, a potem rzucam ubrania trzymane w rękach na kosz. Staję przed zabytkowym lustrem z pozłacaną ramą  i widzę na sobie bordową sukienkę. Moje brązowe włosy są roztrzepane oraz napuszone podobnie jak ogon u królika. Wyglądam marnie. Blada twarz i wyblakły makijaż z czarnymi plamami tuszu do rzęs pod oczami sprawiają, że mogłabym zagrać ducha w teatrze dramatycznym. Próbuję przypomnieć sobie coś z wczorajszego wieczoru. Pamiętam, że wracałam do domu i było bardzo zimno. Szłam szybko i byłam już naprawdę blisko. Jakiś huk na pewno. I szczekanie psów. Potem ciemność. Nie mam pojęcia co stało się ze mną później.

Wzięłam długą kąpiel, a potem przebrałam się w świeże ubrania. Wyprostowałam włosy i doprowadziłam moją twarz do porządku. Trzy tabletki z ibuprofenem powoli ukoiły ból głowy, więc odetchnęłam z ulgą. Nie mam żadnych siniaków ani otarć, ale również czasu, aby myśleć nad tym co się wydarzyło. Mam mniej niż godzinę na wyjście z domu. Ruszyłam więc do kuchni zrobić sobie śniadanie. Szukam wczorajszego pieczywa wraz z wiklinowym koszem na zakupy, w którym się znajdowało, ale nie mam pojęcia gdzie jest. Zawsze zostawiam go na piecyku, a teraz przepadł jak kamfora. Jasne nie mam pojęcia jak trafiłam wczoraj do domu, ale to czynność, którą ponawiam instynktownie od pięciu lat. Machnęłam na to ręką i postanawiam sprawdzić resztki sprzed dwóch dni w chlebaku. Ujrzałam jedynie kilka spleśniałych kromek. W takim tempie? Bez wilgoci? Szybko im poszło. A więc pozostała mi tylko herbata.
Mam pół godziny czasu, więc idę wolnym krokiem. Miasto spowija mgła i jest równie zimno jak wczoraj. Przed wyjściem udało mi się znaleźć telefon, który leżał na fotelu w sypialni, ale był rozładowany. Na szczęście zegar na ratuszu pomoże mi kontrolować czas. Dzisiaj założyłam płaskie buty, więc idę zdecydowanie szybciej niż wczoraj. Ponownie mijam dom państwa Butlerów, waląca się rudera, potem droga rezydencja. Wychodzę z alejki Smutnej Lawendy i skręcam na rogu Wrzosowej. Idę kilka metrów i tak trafiam na ulicę Karmelkową. Widzę jak kilka osób nerwowo kręcąc się obok przystanku czeka na autobus. Z parku wydobywa się głośne krakanie wron. Zbiera się na deszcz, więc jeszcze bardziej przyspieszam. Docieram pod Trzy Bułeczki pięć minut przed czasem. Razem z Jimmym udamy się dzisiaj do jego własnej galerii sztuki i tam omówimy szczegóły wernisażu. Nie mogę się doczekać.
Jest już dwadzieścia minut po czasie, a jego nadal nie ma. Stoję pomiędzy starą kamienicą, a frontem Trzech Bułeczek. Ludzie wchodzą i wychodzą, a opary ciepła i zapachów doprowadzają mnie na skraj wytrzymania nerwowego. Gdybym mogła zadzwoniłabym do Jimmiego z pretensjami, ale nie mam jak, bo mój cholerny telefon postanowił się rozładować. Stoję i przyglądam się jak wskazówki zegara na ratuszu leniwie się przesuwają, a  kolejne minuty bezlitośnie mijają. Przebieram nerwowo nogami w miejscu przez co przypominam teraz ludzi stojących na przystanku na przeciwko mnie. Mam dość. Muszę w końcu coś zjeść, inaczej zemdleję. Jest mi już naprawdę słabo. Chwytam w locie zamykające się drzwi i wchodzę do środka Trzech Bułeczek. Wita mnie radosny uśmiech Lory i ozdabiająca babeczki Anna, która na dźwięk nowego klienta podniosła na chwilę głowę. Podchodzę do lady, a moja przyjaciółka wychodzi do mnie, aby się przytulić.
  • Wszystko w porządku z mamą? Nawet nie zadzwoniłaś. Martwiłam się- Lora potrząsnęła moimi ramionami i spojrzała z troską prosto w moje oczy.
  • O czym mówisz? Przecież nic się nie wydarzyło. Jest wszystko po staremu.
Zaskoczyła mnie ta nagła troska mojej przyjaciółki. Dobrze wie, że moja mama od lat jest zaangażowaną weganką i uprawia każdy możliwy sport. Mieszka w miasteczku u podnóża gór. Mam do niej pięć godzin drogi, dlatego rzadko się widujemy. Przedwczoraj  dała mi znać, że za miesiąc bierze udział w triathlonie. To kobieta z zupełnie innej bajki niż ja. W dodatku zdrowa jak koń. Co mogłoby się jej stać?
  • No wiesz, sama wysłałaś mi smsa. Napisałaś, że wylądowała w szpitalu więc natychmiast musisz do niej jechać. Nic więcej nie mówiłaś, a potem nie odbierałaś telefonu kiedy po raz setny dzwoniłam. Myślałam, że w tych górach nie masz zasięgu.
  • Lora jakim cudem miałabym pojechać do niej po wyjściu od was, a potem wrócić dzisiaj rano?
  • Trzy dni temu.
  • Jak trzy dni temu? O czym ty mówisz?
  • Ostatni raz w Trzech Bułeczkach byłaś trzy dni temu.




Rozdział 2

“Latarka”

Już prawie dwudziesta druga. Siedzę schowana w ogromnym, bujanym fotelu z książką w rękach. W oddali cicho gra muzyka, powoli mnie usypiając. Co chwilę podnoszę wzrok znad kartek i wyglądam przez okno. Może jeszcze przyjdzie. Płozy skrzypią w rytm tykania zegara, dodając akompaniament dźwiękom z mojego ukochanego gramofonu. Właśnie kończę ostatni rozdział “Powrotu o świcie” i już wiem, że to Dormunda dodała cyjanek do zupy męża, ponieważ to przez niego straciła cały zamek. Doczytałam ostatnie zdanie i wstałam z fotela żeby dopić wino. Całą butelkę wciągnęłam w godzinę  i czuję się trochę otumaniona. To było niemądre. Czekam w końcu na gościa. Odkładam książkę na półkę, zwalając przy tym kilka innych rzeczy i czuję, że to moment, aby potańczyć. Wyłączam gramofon i podłączam głośniki do laptopa. Jak dobrze, że mieszkam sama i mogę robić wszystko to na co mam ochotę. Podskakuję i śpiewam tak jakbym była w trakcie najlepszej imprezy. Tej piosenki akurat nie znoszę, ale jest mi lepiej kiedy się wykrzyczę, dlatego oddaję się jej rytmom. Potrzebuję teraz coś mocniejszego. Obracam się co kilka schodków zmierzając na dół i prawie ląduje twarzą w podłodze. Na szczęście w  ostatniej chwili oparłam się o ścianę i jedynie lekko uderzyłam się w głowę. Otwieram lodówkę, ale oprócz jedzenia, mleka i soku, nic wartego uwagi nie dostrzegam. Mam nadzieję, że w szafce w korytarzu nadal jest ukryta moja Grey Goose na czarną godzinę. Prędko idę tam, aby sprawdzić. Zaraz obok kilku par szpilek stoi schowana w cieniu piękna butelka, lekko posiwiała od kurzu. O tak. Lepiej być nie może! Resztę wieczoru spędzę z gąską! Od razu odkręcam i biorę łyk. Mocne, ale to nic w porównaniu z tym co czuję. Muszę zabić smutek czymś silniejszym. Zamykam oczy i skupiam się na dźwiękach. Kolejnej piosenki nie znam, ale za to jest zdecydowanie szybsza. Czuję jak muzyka powoduje wibracje w moim ciele, ale momentami jednak coś ją zakłóca...Dzwonek do drzwi! Chwilę się waham czy na pewno mam ochotę pokazać się w takim stanie, ale co jeśli to ona? Biorę jeszcze jeden łyk wódki po czym trochę mną wstrząsa. Podbiegam i szybko przekręcam zamek. Uderza mnie podmuch zimnego powietrza zmieszany z zapachem ogniska. Nie widzę nikogo. Wychodzę na werandę, nie przekraczając strefy zewnętrznego oświetlenia, ale w ciemności nie mogę dostrzec żadnego punktu. Widzę tylko świecące gwiazdy na niebie i lecący w górze samolot. Może przez muzykę i alkohol zgłupiałam. Jest zdecydowanie za głośno. Wracam do domu i po drodze zabieram ze sobą wódkę, lód i sok. Kiedy ściszyłam włączone lokalne radio jest o wiele bardziej komfortowo. Pijąc drinka patrzę przez okno. Zrobiła się straszna mgła. Coraz bliżej zima, a co za tym idzie brak słońca i depresja. Biorę kilka głębszych łyków żeby o tym nie myśleć. Jestem zła na Lorę za to że nie przyszła. Odłączam telefon od ładowarki i dzwonię do niej. Kilkanaście sygnałów połączenia, ale nie odbiera. Próbuję jeszcze trzy razy i wysyłam smsa. Mam nadzieję, że się odezwie, a jeśli nie to rano zrobię jej awanturę. Dolewam sobie alkoholu do soku i widzę, że dobiłam do połowy butelki. Szybko mi idzie. Zdecydowałam się wyłączyć muzykę i szukam teraz czegoś ciekawego w telewizji. Kilka nocnych teleturniejów i komedia romantyczna. Wybieram komedię. Patrzę jak dwie młode nastolatki po raz pierwszy w życiu, spędzają czas na wakacjach na Hawajach, świetnie się bawiąc. Nigdy nie byłam za granicą, więc wewnętrznie podzielam ich radość. Teraz tym bardziej nie pojadę, skoro w momencie, w którym kontaktowałam się z Jimmym, powiedział mi że jestem niepoważna i nie robi interesów z ludźmi, którzy go wystawiają. Ale co ja mam poradzić na to że sama nie wiem co robiłam przez ostatnie trzy dni? Walić go. Walić to. Dam sobie radę bez jego pomocy. Będę sprzedawać obrazy w internecie. Tylko najpierw muszę ustalić co robiłam przez ostatnie  osiemdziesiąt dwie godziny. Nawet pijana na samą myśl z jednej strony panikuję, a z drugiej zaczynam się siebie bać. Jak można stracić pamięć na trzy dni, a potem nagle obudzić się we własnym łóżku? Mam nadzieję, że nie zrobiłam nic głupiego, przez co mogłabym mieć teraz problemy. Ku mojej radości Lora dzwoni równo o pierwszej w nocy.
  • Hej Chloe mam nadzieję, że nie urwiesz mi głowy, ale byłam na bardzo ważnym spotkaniu i trochę się przedłużyło- Moja przyjaciółka zdecydowanie była poddenerwowana.
  • Z kim się widziałaś?
  • W sumie to nieważne. Słyszę, że jesteś pijana. Idź już spać. Martwię się o Ciebie. Jeśli chcesz to pojadę z Tobą po jutrze na tę wizytę u lekarza.
  • Na pewno przyda mi się wsparcie, ale nie zmieniaj teraz tematu. Mogłaś napisać smsa. Pewnie jesteś u niego!
  • Chloe nie bądź zła. Tak wyszło. Przepraszam. W czwartek się spotkamy i pogadamy. Muszę już kończyć. Przepraszam jeszcze raz. Buziaki. Papa!
  • Pa- Odpowiedziałam i rzuciłam telefon na fotel.


Wyłączyłam telewizor i położyłam się pod kołdrę. Bardzo kręci mi się w głowie, więc nie wykluczam, że zaraz pogoni mnie do łazienki. Kiedy już prawie śpię, uderza mnie dźwięk jadących na sygnale służb ratunkowych. Jestem ciekawa co się stało i kto potrzebował pomocy, ale również zbyt pijana żeby się podnieść i wyjrzeć przez okno. Zamykam oczy, a potem od razu odpływam. Śnią mi się straszne rzeczy. Jestem sama na pustyni i słońce pali moją skórę. Jest okropnie gorąco przez co tracę przytomność. Tak bardzo pragnę wody, że dałabym się pokroić za jeden łyk! Nagle widzę latające ptaki w powietrzu. Strasznie skrzeczą. Czekają na moją pewną śmierć. Jednak coś silniejszego je zagłusza. Ktoś jedzie. Ciężarówka? Na pustyni? Dźwięk jest okropny. Zaczynam krzyczeć i rzucać się na wszystkie strony. Nagle silnie upadam i budzę się zawinięta w kołdrę na swojej podłodze. Trochę otumaniona siadam i rozglądam się po pokoju. Za oknem jest nadal ciemno. Księżyc centralnie świeci na moje łóżko, więc przesuwam się na bok, tam gdzie mnie nie dosięgnie. Po chwili dociera do mnie, że ktoś uderza o drzwi. Niedbale zakładam szlafrok i przecieram oczy ze zmęczenia. Czuję się trochę lepiej niż w momencie, w którym szłam spać. Ostrożnie schodzę na dół zastanawiając się czy ktoś pijany w środku nocy nie zabłądził. Oczywiście podobnie jak ja pijany. Wcale się nie wywyższam. Mogłabym podzielić się z nim wrażeniami. Jednak kiedy docieram do drzwi dźwięk ustaje. Może znowu tylko mi się wydawało? Zapalam boczne światło, nad komodą w korytarzu i zerkam na siebie w lustrze. Wyglądam jakby poszarpał mnie pies. Opatulam się jeszcze bardziej ciepłym pluszem i otwieram drzwi.  Odurza mnie podmuch wiatru, ale ponownie jak kilka godzin temu widzę, że nie ma nikogo. Stoję i patrzę się w przestrzeń, chyba licząc na to że zaraz ktoś magicznie wyskoczy. Oczywiste jest to że nic takiego się nie dzieje. Jedynie dostrzegam, że na dworze jest trochę jaśniej. Powoli noc ustępuje dniu. Jak na październik to chyba dość szybko. Czuję chłodne, rześkie powietrze, które sprawia, że jest mi lepiej. Dzięki  alkoholowi we krwi nie bardzo jest mi zimno. To nie najlepszy pomysł, ale wracam się po kapcie i wychodzę na werandę. Siadam w bujanym fotelu i zamykając oczy biorę głęboki wdech. Powoli wariuję. Najpierw tracę pamięć na trzy dni, a teraz słyszę głosy. Przecież oprócz mnie tu nikogo nie ma. To normalne, spokojne miasteczko. Czasami jakiś pijany facet wracając z karczmy położy mi się pod drzwiami. Nic poza tym. Chloe rozumiesz?! Wszystko jest winą twojego mózgu. Coś musiało mi się poprzestawiać. Badania psychologiczne na pewno wszystko wyjaśnią. Dostanę leki i przy odrobinie szczęścia załapię się na wyjazd do sanatorium, położonym w pięknym kurorcie. W końcu wszystko zawsze dobrze się kończy.

Przymykam na chwilę oczy wpadając w trans bujanego fotela, niczym dziecko w kołysce.
Zaczynam rozmyślać o przeszłości. Przypominam sobie, że kiedy miałam osiem lat najgorszy łobuz z klasy- Marcus, zepchnął mnie z murku na beton. Miał okropne czarne, kręcone włosy i trzy zęby na krzyż. Był najgrubszym dzieckiem w okolicy. W plecaku zwykle nosił więcej słodyczy niż zeszytów. Kiedy pewnego popołudnia bawiliśmy się na placu zabaw w zamek, powiedział mi że jestem zbyt brzydka na księżniczkę. Nie wytrzymałam takiego upokorzenia i uszczypnęłam go w policzek. Marcus odruchowo machnął swoją ręką grubości serdelka, celując w moją pierś. Nim zdążyłam krzyknąć- Nie! Leżałam na betonie, a obok mnie płynęła cienka strużka krwi. Wszystkie dzieci odruchowo zamarły, a ja byłam na tyle przerażona, że nawet nie potrafiłam się rozpłakać. Marcus usiadł, a następnie zeskoczył wraz ze swoim tłustym tyłkiem z murku i tyle go widziałam. Ze strachu pobiegł do domu. Ja sama w końcu się podniosłam i pomimo bólu, łez w oczach i zawrotów głowy powiedziałam dzieciom, że wszystko jest w porządku i wracam do rodziców. Niestety akurat nikogo w mieszkaniu nie było. Widziałam, że tato robił coś przy samochodzie w garażu, a mama- jak się później dowiedziałam, wyszła do przyjaciółki. Sama musiałam umyć włosy. Krew na szczęście już więcej nie płynęła. Zresztą przez moje kręcone włosy ciężko było coś dostrzec. Bardzo mnie bolało, ale nie mogłam się rozpłakać. Wolałam pójść spać i tak też zrobiłam. Następnego dnia, a potem kolejnego udało mi się zachować tajemnicę. Potem ukrywałam problemy z głową. Wieczne zawroty, omdlenia, stałe zapominalstwo, a co gorsza złe oceny w szkole, ponieważ dłuższy tekst był dla mnie wyzwaniem. Może TO znowu powróciło. Chociaż od kilku lat wszystko było w porządku.
 

Słyszę czyjś przeraźliwy krzyk i podnoszę się z prędkością błyskawicy. Momentalnie strach paraliżuje mnie i wstrzymuje oddech. Nagle jedna sekunda oznacza wieczność. Cała drżę i nie potrafię zrobić nawet kroku w tył. Wytężam słuch niczym zwierzę w lesie, ale słyszę jedynie szumiący wiatr. Co mam zrobić? Czekam aż coś się wydarzy, ale nie następuje nic. Powoli się  uspokajam i podchodzę do balustrady. To nie moment na strach. Może ktoś potrzebuje pomocy. Tylko spokojnie. Serce bije mi jak oszalałe, ale przypływ adrenaliny sprawia, że zaciskam pięści i zastanawiam się jak bohaterzy w książkach zachowują się w podobnej sytuacji. Nie mogę być egoistką i nagle uciec jak zwykły tchórz. Nagle zauważam na polu w oddali światło latarki. Porusza się w górę i w dół tak jakby ktoś dawał mi sygnał. Skupiam swój wzrok żeby odczytać cokolwiek. Ponownie słyszę przeraźliwy krzyk, który powoduje, że nagle skaczę i ląduję tyłem obok fotela. Prędko odwracam się i biegnę do kuchni po coś czym mogłabym oświetlić sobie drogę. Szuflady jak zwykle są zapełnione wszystkim i niczym. Mam tylko zapałki. Potrzebuję też czegoś do obrony. Nie wiem w końcu co się wydarzyło. Wyciągam nóż i chwilę się waham, patrząc na jego ostrze. Wiem jednak, że moje bezpieczeństwo jest najważniejsze. Wkładam obie rzeczy do kieszeni szlafroka. Biegnę na górę po telefon żeby posłużył mi za latarkę, ale nie potrafię go znaleźć. Nie mam na to czasu. Zmieniam ciapy na buty sportowe i wybiegam. Zatrzymuję się dopiero przy topoli, aby zlokalizować punkt. Początkowo myślałam, że ktoś wyłączył latarkę, ale teraz dostrzegam, że ona jednak leży na ziemi, dając ledwo widoczne światło. W momencie, w którym dopada mnie myśl stchórzenia słyszę głośne “Pomocy!” i strach jeży mi włosy na głowie, a wręcz na całym ciele. Gdyby to był zwykły krzyk pewnie wzięłabym nogi za pas, ale teraz wiem, że ktoś mnie potrzebuje. Trzęsącymi się dłońmi wyciągam telefon i wybieram numer policji. Kilka chwil oczekiwania na połącznie i dodzwoniłam się do centrali. Nim jednak zdążę wydać z siebie dźwięk, ktoś chwyta mnie za usta i trzyma tak długo aż substancja, którą wstrzykuje mi w szyję powoduje, że oddalone światło latarki o sześćdziesiąt metrów rozpływa się. Po chwili widzę już tylko ciemność.

Wady i zalety noszenia aparatu ortodontycznego- Moje doświadczenie

Wady i zalety noszenia aparatu ortodontycznego- Moje doświadczenie
Dzisiaj chciałam napisać o czymś nie związanym z muzyką, ale samym w sobie związanym ze mną. Na wstępie zdradzę- całkiem dodatkowo, że blog Gitara i Szpilki polepszy swój format i trafi również na YouTube! Będę tam głównie... śpiewać! Jestem na etapie kompletowania dość  drogiego sprzętu. Bardzo chciałabym stworzyć kanał profesjonalny i z rozmachem.
  Piszę w tym roku maturę oraz  przede wszystkich chodzę do pracy, stąd posty raz na ruski rok. Większa część również zniknęła, ponieważ z czasem przestała mi odpowiadać. To jest mój pierwszy blog, dlatego nie mam świetnego doświadczenia :) Ciągle obiecuję  sobie regularność, ale zawsze coś. Ehh tak nie może być!

Wracając jednak do tematu dzisiaj podzielę się z wami moim doświadczeniem ortodontycznym. Chciałabym przedstawić dobre strony jak i te gorsze, o których w zasadzie mało kto mówi. Dodatkowo zamieszczę listę kosztów całego leczenia ortodontycznego. Może jesteście na początku swojej przygody z aparatem albo jesteście ciekawi jak to wygląda od strony przeciętnego pacjenta? :)





Zalety noszenia aparatu ortodontycznego:

1. Samoocena

Świat dookoła bombarduje nas kanonami piękna i regułami, którym nawet gdy czujesz, że nie ulegasz to... ulegasz podświadomie. Myślę, że moda na szczupłą figurę i piękny uśmiech nigdy nie przeminie. Ma to swoje wady i zalety. W naszej naturze jest zakorzenione to że bardziej lubimy ludzi ładnych i uśmiechniętych, niż tych zaniedbanych i wiecznie zasmuconych.
 Kiedy mając krzywe zęby patrzyłam się na inne dziewczyny, czułam się gorsza. Moje zęby należą do tych, które od razu widać i nie są schowane w głębi buzi. Dodatkowo moim ulubionym kosmetykiem od zawsze była czerwona szminka. Wcześniej byłam na nią za młoda, ale teraz nie wyobrażam sobie bez niej życia. Nawet nosząc aparat czułam ogromną ulgę w związku z moim kompleksem. To nie były odstające uszy, które możesz zakryć włosami, a rzucające się na pierwszy plan stłoczone zęby.
 Teraz "po" czuję się piękniejsza, pewniejsza siebie i szczęśliwsza.


2. Wyjątkowe doświadczenie

Noszenie aparatu ortodontycznego nie jest rzeczą zarezerwowaną dla wszystkich :) Nie każdy ma to "szczęście", aby zamknąć w więzieniu swoje zęby na średnio dwa lata. Jest to intrygująca ozdoba, którą można dodatkowo podrasować kolorowymi ligaturami. Dzisiaj tęcza, a za miesiąc trawiasta zieleń. Jest to wyjątkowa przygoda, którą do końca życia można wspominać.
Aparaty bardzo szybko stały się modne i weszły do naszej kultury. Z tego co wiem kiedyś było odwrotnie.


3. Zęby zostają z nami na dłużej

Zęby (zwłaszcza stłoczone tak jak ja miałam) w nieprawidłowym ułożeniu są narażone na próchnicę. Bakterie chowają się w szczelinach i jest je bardzo trudno usunąć. Doświadczyłam tego na własnej skórze. Przed założeniem aparatu zęby psuły mi się co chwilę. Dwa nawet musiały zostać usunięte. Na szczęście ich miejsce zajęły ósemki.
 Przez całą swoją przygodę z drutami do teraz nie mam żadnego problemu z próchnicą. Cieszę się ponieważ nienawidzę wizyt u dentysty :)


4. Alternatywa dla sztucznych zębów

Tak jak wyżej wspomniałam- Miałam usunięte dwie siódemki  przez co zrobiły się duże przestrzenie w łukach. Jest to bardzo niekomfortowe i utrudnia jedzenie ( Zwłaszcza orzechów i krówek!). Już nie mówiąc o wizualnym aspekcie.  Najszybszą opcją, ale i równie kosztowną jest wstawienie na ich miejsce implantów. Jednak dzięki aparatowi można manewrować zębami na tyle, że szpary zanikają. W moim przypadku ósemki zastąpiły dawne sąsiadki.


5. Oswojenie się z dentystą

To jest dla mnie bardzo istotny aspekt, ponieważ częste wizyty u ortodonty pomogły mi wyleczyć się z fobii. Ze względu na tragiczną opiekę dentystyczną w dzieciństwie, miałam skrzywiony obraz lekarza dentysty. To przez to straciłam dwa stałe zęby. Strach był silniejszy. Pamiętam, że na pierwszej wizycie ledwo oddychałam i jakikolwiek większy dźwięk obok mnie spowodowałby to że wyskoczyłabym przez okno z trzeciego piętra. Ponad rok zajęło mi oswojenie się z wizytami pomimo tego, że wszystkie wyglądały zawsze tak samo. Zmiana drucika, ligatur i do widzenia. Miałam przed oczami wizję: Lekarz nagle wyciągnie swój sprzęt tortur i zacznie wiercić mi w zębach, a ja z bólu będę drzeć się i rzucać na wszystkie strony... ale on nie przestanie! Serio tak myślałam.





Wady noszenia aparatu ortodontycznego:


1. Ból

Najsilniejszy jest ten tuż po założeniu aparatu. Miałam dwa łuki zakładane oddzielnie, ale myślę, że oba naraz to byłby już trochę hardcore. Nie brałam tabletek, jednak dyskomfort niesamowicie mnie denerwował. Ciężko było mi się skupić na swoich zajęciach. W moim przypadku przechodził po trzech dniach. W trakcie udawało mi się praktycznie normalnie jeść, ale czułam, że moje zęby są ruchome.


2. Przebarwienia/odwapnienia/otarcia

Kilka miesięcy przed zdjęciem aparatu zrobiły mi się odwapnienia na czwórkach i trójkach (Takie białe plamy).  Nie twierdzę, że to nie moja wina, ale aparat na prawdę niesamowicie utrudnia higienę. Z otarciami czy podrażnieniami nie miałam doczynienia, więc nie potrafię wypowiedzieć się w tej kwestii.


3. Aparat nie gwarantuje prostych zębów po zdjęciu

Słyszałam, że nawet podczas retencji niektórym wracają zęby na dawne miejsca. Moim problemem na tym etapie jest to że co chwilę pęka mi drucik przyklejony od wewnętrznej strony podniebienia przez co trochę już rozsunął mi moje ząbki :(
 W wielu wypadkach retencja musi być kontynuowana przez całe życie (!!).


4. Regularne wizyty

Trzeba wygospodarować czas, średnio raz w miesiącu na co niekoniecznie ma się ochotę. Gorzej gdy w trakcie leczenia zmienia się miejsce zamieszania. Specjaliści są różni oraz nie każdy chętnie przyjmie nowego pacjenta w trakcie leczenia. Zwłaszcza jadąc za granicę może okazać się ciężko ze znalezieniem dobrego ortodonty. Z tego co wiem ceny są zdecydowanie wyższe niż u nas.



4. Koszty

Dla przeciętnego Polaka/studenta/ucznia ceny mogą być zbyt wysokie. Koszty samego aparatu ortodontycznego można w niektórych gabinetach rozłożyć na raty, ale to nie jest takie proste, aby uzyskać pożyczkę. Zwykle młodzi ludzie jeżeli pracują to pracują na umowy zlecenia albo dorabiają rozdając ulotki itp.



Na koniec przedstawiam wam wszystkie koszty jakie poniosłam w przybliżeniu:

1. Zdjęcie RTG przed założeniem- 120zł
2. Wyciski przed założeniem i plan leczenia- 250zł
3. Aparat ortodontyczny metalowy góra i dół- 3000zł
2. Wizyty ze średnią kwotą 130zł przez 2,5 roku (Ok. 20 wizyt łącznie z tymi na początku)
4. Zdjęcie aparatu ortodontycznego- 1100zł

Razem około = 7070zł
(Stawki będą różnić się w zależności od miasta. Ja mieszkam w Warszawie)


Podsumowując:

Aparat ortodontyczny to najtańszy i najlepszy wybór jeżeli mamy do korekcji cały zgryz. Jest to dodatkowe doświadczenie w życiu, które zostanie w naszej pamięci na lata. Jego ciemnymi stronami jest ból, podrażnienia jamy ustnej i brak gwarancji utrzymania się efektu po zdjęciu aparatu.



A teraz metamorfoza moich zębów (Nie mam zdjęć przed noszeniem aparatu):





Nosiliście kiedyś aparat ortodontyczny? Znacie kogoś kto nosi? A może sami potrzebujecie zacząć nosić? Dajcie znać! Odpowiem też na wasze ewentualne pytania :)

Have a nice day :)

Piszę książkę

Piszę książkę
Hej wam po długiej przerwie.


Nie jestem zwolenniczką postanowień noworocznych, ale wizja dwunastu miesięcy dała mi myśl, aby powrócić do pisania książek. Planuję do następnej zimy wydać jedną oraz moje wiersze. Nie zakładam, że to będzie bestseller ani że sprzedam więcej niż dziesięć egzemplarzy :D Chodzi o samą potrzebę twórczą. Zresztą kto wydaje się ciekawszy: Człowiek ze słabą książką czy człowiek bez książki?




Zamieszczam pierwszy rozdział, ponieważ strasznie korciło mnie żeby się pochwalić :)





Rozdział 1



Codziennie mijam ulicę Karmelkową i staw zaraz obok piekarni Trzy Bułeczki. Pracują tam dwie siostry bliźniaczki- Anna i Sara oraz moja przyjaciółka Lora. Zawsze kiedy wracam z piątkowych zajęć wstępuję do nich aby napić się jedynej w swoim rodzaju herbaty z białej lipy oraz spróbować autorskiego przepisu na babeczki jednej z sióstr. W każdy przeddzień weekendu dziewczyny zaskakują mnie ich smakami i już sama nie wiem czy wolę kalafior z maliną czy białą czekoladę z aronią. Sam klimat pomieszczenia i zapachy sprawiają, że wszystko wydaje się wyjątkowo dobre. Pochłaniam każdy kęs przyglądając się wchodzącym i wychodzącym klientom, piekącym się na kamiennym piecu chlebom oraz krajobrazowi za oknem. Miasteczko jest niewielkie więc bez problemu rozpoznaję spacerującą w oddali Amelię z psem Bartkiem. Trochę kręcą się bez celu, ale z każdym krokiem są coraz bliżej mojego okna. Zwierzę niezbyt zadowolone spacerem w zimnie i deszczu próbuje zerwać się ze smyczy. Szeroko otwiera paszczę i rwie się na wszystkie strony. W końcu jednak otrzymuje pełną garść przysmaków, trochę się uspokaja i idzie spokojnie przy nodze. Potem potulnie daje się przywiązać obok drzwi Trzech Bułeczek za co dostaje kolejną garść kurczakowych rybek. Amelia wchodzi przez drzwi i przeciera zaparowane okulary. Jej blond mysie włosy od deszczu wyglądają prawie jak sople. W puchowej kurtce przypomina mi pingwina i kto by pomyślał, że jest starszą siostrą Lory. Kiedy wita się ze wszystkimi zastanawiam się skąd  czerpie siły wracając po całym dniu pracy w fabryce tkanin. Zanim jeszcze znikła za ścianą  drugiego pomieszczenia radośnie do mnie pomachała. Nalałam sobie kolejną filiżankę herbaty i ponownie wracam do moich zaokiennych obserwacji. Odrobinę się ściemniło więc niewiele widzę. Na pewno rozpoznaję wychodzącą z apteki panią Butler z lekami dla męża. Sześćdziesięciolatek od trzech lat ma chore nerki, a od dwóch nie wychodzi z domu w ogóle. To znaczy ja go tyle czasu nie widziałam, a mieszkam obok. Powoli włączają się światła uliczne i zaczyna robić się pusto. W małym miasteczku wszystko zasypia. Biorę ostatni łyk herbaty i podnoszę się z fotela.
Kiedy wychodzę z lokalu zwykle dochodzi godzina dwudziesta. Jest już kompletnie ciemno oraz mam wrażenie ,że temperatura spadła o dobre kilka stopni. Czuję jak zamarza mi nos, a do tego wiatr co chwilę podnosi mój kapelusz do góry. Mogę trzymać go jedynie lewą ręką, ponieważ w prawej niosę jeszcze ciepłą chałkę i kilka bułek.  Aby trafić do mojego domu muszę cofnąć się kilka metrów do tyłu i skręcić na rogu Wrzosowej w alejkę Smutnej Lawendy. Mieszkam praktycznie na jej samym końcu, zaraz za domem państwa Butler. W zasadzie droga ciągnie się jeszcze w prawo, ale to ślepa uliczka z niczyją stodołą. Lubię czasami się tam skradać i malować. W dawnym poidle ukryłam sztalugę z płótnem oraz farby i pędzle. Pod grubą warstwą siana na szczęście jeszcze nie przemarzły.  Dla mnie sztuka jest formą medytacji. Zwłaszcza kiedy mogę schować się przed całym światem i wiem, że nikt mi nie przeszkodzi. Potrafię przez pół dnia zatapiać się w swoich marzeniach i tworzyć. Jeśli pokażesz mi swój obraz, powiem ci kim jesteś.
Moje różowe botki z brokatem wystukują rytm, który niesie się echem urozmaicając smętne wycie wiatru. Przez kapelusz przesunięty na jedną stronę praktycznie nie widzę drogi, ale w zasadzie nie dbam o to ponieważ moje myśli krążą wokół grudniowego wernisażu, na który przygotowałam cztery obrazy. To będzie mój debiut. Nie powiedziałam nic Lorze. Udało mi się ją ubłagać żeby poszła ze mną na premierową wystawę mojego znajomego. Chcę zobaczyć jej minę kiedy przeczyta na płótnie moje nazwisko. Jeszcze tylko kilka kroków. Coraz bliżej. Mam ochotę na gorącą kąpiel i wieczór spędzony z muzyką fortepianową. Będę mogła założyć milusi szlafrok i ciapy- króliczki. I znając życie zasnę po dwudziestej trzeciej z książką w dłoni. Mijam jakąś ogromną i drogą rezydencję by zaraz za moment ujrzeć zapadający się stary dom, a potem jeszcze tylko posiadłość państwa Butlerów i będę na miejscu. Chwila moment.

Głowa nie przestaje mnie boleć odkąd się obudziłam. Nie mam pojęcia, która jest godzina ani jak długo spałam. Czuję się jakbym wróciła z imprezy życia. Najchętniej wcale nie wstawałabym z łóżka, ale mam trochę do zrobienia. Obserwuję niebo przez okno i zgaduję, że jest już po dwunastej. Jak zwykle wita mnie brak słońca oraz szara rzeczywistość mojego miasteczka. Tu nigdy nic szczególnego się nie dzieje. Wszystko płynnie przemija. Z czasem można się przyzwyczaić. Podobno. Tylko ja nie potrafię. Marzy mi się ogromne miasto. Nowy Jork albo Kalifornia. Jeśli przyszła wystawa się powiedzie planuję kolejne, a z czasem może zacznę na tym zarabiać. Wtedy sprzedam mój dom i wynajmę coś małego w metropolii. Podobno jak na debiutantkę idzie mi świetnie. Tak mówi właściciel  galerii, w której zostaną zamieszczone moje prace. Poznałam go podczas czerwcowego pikniku organizowanego przez naszą bibliotekę. Spędziliśmy kilka godzin rozmawiając o tym co oboje kochamy. Pod względem pędzla jesteśmy dla siebie bratnimi duszami. Jimmy obejrzał zdjęcia moich dzieł i w końcu mi się udało. Ktoś mnie zauważył i docenił. Chociaż sam walczy o to aby zdobyć renomę na rynku, podał mi rękę. Na wydarzenie zaprosił kilku dziennikarzy z gazet oraz średniej rangi krytyków. Podobno ma być również sam znajomy siostry redaktora z The Times! Na wernisaż wybrałam akwarelowego kota, nasz park od strony południa namalowany farbami olejnymi, lekką abstrakcję i niebieskiego królika. W piwnicy mam jeszcze cały arsenał dzieł, ale te chyba najbardziej kocham.
W końcu wstałam z łóżka, ale zawroty głowy z powrotem przyciągnęły mnie do niego jak magnes. Usiadłam i chwilę pomasowałam czoło. Niewiarygodne jak bardzo musiałam się przeziębić . Nie znam innego wytłumaczenia na moje objawy. Tylko zatoki potrafią tak bardzo człowieka położyć. Dzisiaj jest sobota. Będę miała kilka godzin na malowanie. Tylko najpierw jestem umówiona na czternastą przy Trzech Bułeczkach z Jimmym w sprawie szczegółów wernisażu. Jak dobrze, że mam zegar na ścianie i nie muszę szukać telefonu żeby sprawdzić godzinę. Dopiero dziesiąta. W końcu chwiejnie podnoszę się i podchodzę do szafy. Wyciągam lawendową sukienkę z bufkami na rękawach i różowy sweterek. Teraz jeszcze tylko dwie godziny stylizacji w łazience i będę gotowa.
Schodzę po schodach w dół i dociera do mnie coś na co nie zwróciłam wcześniej uwagi. Aby nabrać pewności szybko zmierzam w stronę łazienki, a potem rzucam ubrania trzymane w rękach na kosz. Staję przed zabytkowym lustrem z pozłacaną ramą  i widzę na sobie bordową sukienkę. Moje brązowe włosy są roztrzepane oraz napuszone podobnie jak ogon u królika. Wyglądam marnie. Blada twarz i wyblakły makijaż z czarnymi plamami tuszu do rzęs pod oczami sprawiają, że mogłabym zagrać ducha w teatrze dramatycznym. Próbuję przypomnieć sobie coś z wczorajszego wieczoru. Pamiętam, że wracałam do domu i było bardzo zimno. Szłam szybko i byłam już naprawdę blisko. Jakiś huk na pewno. I szczekanie psów. Potem ciemność. Nie mam pojęcia co stało się ze mną później.

Wzięłam długą kąpiel, a potem przebrałam się w świeże ubrania. Wyprostowałam włosy i doprowadziłam moją twarz do porządku. Trzy tabletki z ibuprofenem powoli ukoiły ból głowy, więc odetchnęłam z ulgą. Nie mam żadnych siniaków ani otarć, ale również czasu, aby myśleć nad tym co się wydarzyło. Mam mniej niż godzinę na wyjście z domu. Ruszyłam więc do kuchni zrobić sobie śniadanie. Szukam wczorajszego pieczywa wraz z wiklinowym koszem na zakupy, w którym się znajdowało, ale nie mam pojęcia gdzie jest. Zawsze zostawiam go na piecyku, a teraz przepadł jak kamfora. Jasne nie mam pojęcia jak trafiłam wczoraj do domu, ale to czynność, którą ponawiam instynktownie od pięciu lat. Machnęłam na to ręką i postanawiam sprawdzić resztki sprzed dwóch dni w chlebaku. Ujrzałam jedynie kilka spleśniałych kromek. W takim tempie? Bez wilgoci? Szybko im poszło. A więc pozostała mi tylko herbata.
 
Mam pół godziny czasu, więc idę wolnym krokiem. Miasto spowija mgła i jest równie zimno jak wczoraj. Przed wyjściem udało mi się znaleźć telefon, który leżał na fotelu w sypialni, ale był rozładowany. Na szczęście zegar na ratuszu pomoże mi kontrolować czas. Dzisiaj założyłam płaskie buty, więc idę zdecydowanie szybciej niż wczoraj. Ponownie mijam dom państwa Butlerów, waląca się rudera, potem droga rezydencja. Wychodzę z alejki Smutnej Lawendy i skręcam na rogu Wrzosowej. Idę kilka metrów i tak trafiam na ulicę Karmelkową. Widzę jak kilka osób nerwowo kręcąc się obok przystanku czeka na autobus. Z parku wydobywa się głośne krakanie wron. Zbiera się na deszcz, więc jeszcze bardziej przyspieszam. Docieram pod Trzy Bułeczki pięć minut przed czasem. Razem z Jimmym udamy się dzisiaj do jego własnej galerii sztuki i tam omówimy szczegóły wernisażu. Nie mogę się doczekać.
Jest już dwadzieścia minut po czasie, a jego nadal nie ma. Stoję pomiędzy starą kamienicą, a frontem Trzech Bułeczek. Ludzie wchodzą i wychodzą, a opary ciepła i zapachów doprowadzają mnie na skraj wytrzymania nerwowego. Gdybym mogła zadzwoniłabym do Jimmiego z pretensjami, ale nie mam jak, bo mój cholerny telefon postanowił się rozładować. Stoję i przyglądam się jak wskazówki zegara na ratuszu leniwie się przesuwają, a  kolejne minuty bezlitośnie mijają. Przebieram nerwowo nogami w miejscu przez co przypominam teraz ludzi stojących na przystanku na przeciwko mnie. Mam dość. Muszę w końcu coś zjeść, inaczej zemdleję. Jest mi już naprawdę słabo. Chwytam w locie zamykające się drzwi i wchodzę do środka Trzech Bułeczek. Wita mnie radosny uśmiech Lory i ozdabiająca babeczki Anna, która na dźwięk nowego klienta podniosła na chwilę głowę. Podchodzę do lady, a moja przyjaciółka wychodzi do mnie, aby się przytulić.
  • Wszystko w porządku z mamą? Nawet nie zadzwoniłaś. Martwiłam się- Lora potrząsnęła moimi ramionami i spojrzała z troską prosto w moje oczy.
  • O czym mówisz? Przecież nic się nie wydarzyło. Jest wszystko po staremu.
Zaskoczyła mnie ta nagła troska mojej przyjaciółki. Dobrze wie, że moja mama od lat jest zaangażowaną weganką i uprawia każdy możliwy sport. Mieszka w miasteczku u podnóża gór. Mam do niej pięć godzin drogi, dlatego rzadko się widujemy. Przedwczoraj  dała mi znać, że za miesiąc bierze udział w triathlonie. To kobieta z zupełnie innej bajki niż ja. W dodatku zdrowa jak koń. Co mogłoby się jej stać?
  • No wiesz, sama wysłałaś mi smsa. Napisałaś, że wylądowała w szpitalu więc natychmiast musisz do niej jechać. Nic więcej nie mówiłaś, a potem nie odbierałaś telefonu kiedy po raz setny dzwoniłam. Myślałam, że w tych górach nie masz zasięgu.
  • Lora jakim cudem miałabym pojechać do niej po wyjściu od was, a potem wrócić dzisiaj rano?
  • Trzy dni temu.
  • Jak trzy dni temu? O czym ty mówisz?
  • Ostatni raz w Trzech Bułeczkach byłaś trzy dni temu.



1# Świat według... Taylor Swift!

1# Świat według... Taylor Swift!





Taylor Swift urodziła się 13 grudnia 1989r. i jest to jeden z powodów dla których uważa liczbę 13 za szczęśliwą. 






Mama Swift kiedyś uważała, że mężczyznom jest łatwiej w życiu. Chciała, aby potencjalny klient patrzący na wizytówkę jej córki traktował ją poważnie i bez uprzedzeń. Stąd Taylor... to Taylor.





W rodzinnym domu nikt nigdy nie słuchał country. Budziło to ogromne zdziwienie kiedy Taylor całymi godzinami siedziała przed telewizorem słuchając między innymi LeAnn Rimes czy Shiny Twain. Próbowała również grać na gitarze,  ale ta czynność jej nie wychodziła. Zdecydowanie lepiej szło jej z pisaniem.






Pewnego dnia podczas gdy Taylor miała 12 lat w domu zjawił się mężczyzna w celu naprawienia komputera. Taylor w tym czasie odrabiała swoją pracę domową. Informatyk miał za zadanie zainstalować nowe oprogramowanie i zapewne na tym by się jego praca zakończyła gdyby w pewnym momencie nie zauważył gitary leżącej na komodzie. Spytał się skupionej na lekcjach dziewczyny czy potrafi grać. Taylor luźno odpowiedziała, że jedynie próbowała, ale bez efektów. Informatyk zdecydował się pomóc jej opanować podstawy. Tym sposobem nauczyła się trzech pierwszych chwytów.




Kiedy była małą dziewczynką planowała zostać maklerem giełdowym- podobnie jak jej tata. Nie rozumiała znaczenia tego terminu, ale widziała ile szczęścia daje jemu ta praca. Myślała, że będzie równie szczęśliwa na takim stanowisku. Z czasem zrozumiała, że jej wychowanek po prostu wszystko uważa za świetne i ekscytujące. Taylor poczciwie określa go swoją cheerleaderką.






Pierwsze konkursy muzyczne nie dawały żadnych efektów.  Taylor wypadała na nich blado. Z czasem jednak coś zaczęło się dziać i zaczęła wygrać najpierw na lokalnych występach, a z czasem na stanowych. Przełomowym momentem był konkurs w Delaware. Wykonała wtedy utwór "Big Deal" LeAnn Rimes dzięki czemu zdobyła główną nagrodę- udział w koncercie gwiazdy muzyki country Charlie Danielsa. Był to jej pierwszy występ przed tak dużą publicznością. Od tego momentu zaczęła otrzymywać poważne propozycje i tak trafiła na słynne otwarcie turnieju tenisa US Open (nagranie krąży na YT). Tam usłyszał ją Jay Z, który wpadł za kulisy przybić jej piątkę. Przez rok zanudzała innych opowieścią o tym kilku minutowym spotkaniu. 





Po bardzo długim czasie udało się jej w pewnym momencie przekonać rodziców na przeprowadzkę do Nashville- Stolicy muzyki country (Zamieściłam o nim również wpis na blogu). Państwo Swift porzucili farmę choinek i postanowili zainwestować w przyszłość dziecka. Taylor miała wtedy 11 lat i wraz z mamą chodziła od wytwórni do wytwórni powtarzając w kółko "Cześć wszystkim. Jestem Taylor. Mam 11 lat. Podpiszecie ze mną kontrakt?" 







Z czasem dostała możliwość podpisania kontraktu z wytwórnią RCA ( Sia, Britney Spears, Miley Cyrus, David Bowie). Okazało się jednak, że na debiut musi poczekać aż ukończy 18 lat. Taylor nie potrafiła zaakceptować tego faktu. Podczas jednego z występów w The Bluebird Café zauważył ją Scott Borchetta. Nie miał w tamtym momencie wytwórni, ale za to miał na nią plan. Tym sposobem powstało Big Machine Records (Taylor Swift, Tim McGraw, Rascal Flatts). Ojciec Taylor wykupił w niej udziały za 120 tysięcy dolarów. Album "Taylor Swift" ukazał się w 2006 roku, a utwór Tim McGraw zyskał ogromny rozgłos. W końcu Taylor została prawdziwą piosenkarką.




Taylor jest kociarą, chociaż od dziecka otaczały ją psy. Długo zastanawiała się czy przy jej obecnym trybie życia może sobie pozwolić na zwierzę. Z czasem miłość do sierściuchów jednak wygrała. Do ówczesnej ogromnej villi panny Swift wprowadziło się małe kocie- Meredith Grey (Imię odnosi się do bohaterki serialu "Chirurdzy"). Z czasem dołączyła kolejna dama. Tym razem panna Olivia Benson (Dziewczyna z serialu "Prawo i porządek"). Kotka ta jednak w przeciwieństwie do Meredih ma na swoim koncie już kilka epizodów. Wystąpiła na początku teledysku Shake it off oraz w reklamie Coca Coli Diet. 






Bilety na koncerty Taylor należą do tych najdroższych w USA. Najtańsze miejsca są dostępne  od ok. 300zł, a najdroższe sięgają ceny prawie 3 tys zł. Taylor uważa, że muzyka jest czymś więcej niż tylko melodią i słowami. Dla niej to prawdziwa, bezcenna sztuka, a takie rzeczy muszą po prostu kosztować.




Taylor kiedyś powiedziała "Jeśli słuchasz moich piosenek to tak jakbyś czytał mój pamiętnik".  I tak analizując przykładowo mamy:

1. Blank space

  W tym utworze Taylor przedstawia siebie jako osobę wykreowaną przez media. Utwór miał być żartem, a stał się największą piosenką jaką Taylor dotychczas stworzyła.

2. Bad Blood

 Opowiada o toksycznej relacji z Katy Perry. Na galach często zagadywała Taylor jednak było w niej coś fałszywego, co zdecydowanie wyczuła Swift. Od lat bardzo się nie lubią. Podobno powodem ostatecznej kłótni był związek Taylor z Johnem Mayerem, o którego Katy była zazdrosna.

3. Back to December

 Było pierwszym utworem, w którym Taylor kogoś przepraszała (Podobno Taylora Lauthera). Uznała, że zasługuje na to gdyż był dla niej wspaniały, a ona nie potrafiła tego docenić.

4. Dear John

 Taylor powiedziała, że jest to jedna z tych piosenek, który traktuje jak osobisty email do kogoś kto odszedł. Wiadomość napisana w emocjach, słowa, które bardzo pragnęłoby się powiedzieć, ale zbyt wiele się wydarzyło.  Wydając ten utwór metaforycznie wcisnęła "Wyślij".



Taylor uwielbia gotować. Razem z Lorde jakiś czas temu zapisała się na specjalny kurs. Często też zaprasza do siebie przyjaciółki i zwykle razem pieką ciasta. Każdy przyznaje, że ma do tego talent. Podstaw nauczyła ją mama, która zawsze powtarzała, że jedzenie w domu jest zdrowsze niż te w restauracji.




Taylor na prawdę kocha swoich fanów. Obserwuje ich na różnych, internetowych portalach, a podczas świąt zdarza się że udaje jedną z fanek, pisząc emaile o treści "Cześć. Tak jak Ty, ja również jestem fanką Taylor. Mam kilka  rzeczy z nią związanych, którymi chciałabym się podzielić. Jeżeli masz ochotę to czekam na Twój adres do wysyłki". Następnie pakuje ogromne pudła dobroci i pisze długie listy z podziękowaniami.
   Ostatnio było też głośno o przekazaniu przez Taylor miliona (!) dolarów w ramach pomocy dla powodzian w Luizjanie. Jakiś czas temu miała tam koncert. Na myśl o fanach, którzy nie mają schronienia artystka od razu zdecydowała się im pomóc. Oczywiście takich akcji charytatywnych, w których bierze udział jest wiele. Zaraz potem wsparła Organizację Ratowania Afrykańskich Parków i Bank Żywności.



Nagrody Grammy zawsze wzbudzają silne emocje, ponieważ ich znaczenie porównywalne jest do Hollywoodzkich Oscarów. W tym roku Taylor po raz drugi otrzymała nagrodę za Album Roku. Co w tym zaskakującego? Jest pierwszą kobietą w historii z takim osiągnięciem. Do tej pory łącznie zgromadziła 10 statuetek Grammy przy 29 nominacjach.







Nasza łódź dobiła do brzegu i przeszedł czas na zakończenie "Świata według... " z Taylor Swift. Na kolejny post z tej serii od dzisiaj macie możliwość głosowania w ankiecie. Jestem ciekawa co  z tego wyniknie!

See you soon!

Jakie są moje wrażenia po pierwszej profesjonalnej lekcji śpiewu w życiu?

Jakie są moje wrażenia po pierwszej profesjonalnej lekcji śpiewu w życiu?
No słuchajcie w końcu zrobiłam kolejny krok w mojej "karierze". Byłam strasznie pełna obaw, bo nie miałam zielonego pojęcia jak to będzie.  Jeszcze miesiąc temu miałam w planach uczyć się z czymś znalezionym przez internet, ale skoro nikt mi nie powie "DOBRZE" or "ŹLE" to wtedy powstaje takie niewiadomo co. I wiem, że dalej byłabym w tym samym miejscu.





Na pewno jestem teraz bardziej nastawiona na śpiew. Inaczej do tego podchodzę. To było zawsze w moich najdzikszych snach żeby zostać piosenkarką, ale przecież wiedziałam że: nie umiem śpiewać, mam przeciętny głos, powinnam zająć się czymś pewnym, jestem za gruba/brzydka, nigdy się nie przebiję. 
W tym momencie czuję, że są to tylko chore wymysły i limity, które sama sobie stworzyłam oraz nie mają racji bytu w rzeczywistości. Wiem, że muszę ciężko pracować, a wtedy zdobędę wszystko to o czym nie marzyłam nawet wystarczająco w tych swoich najdzikszych snach.




Nie miałam dzisiaj rano za dobrego humoru. Teraz czuję się o wiele wiele lepiej. Na pewno też jestem trochę bardziej pewna siebie. Polecam zrobić coś o czym marzycie, chociażby jedną małą rzecz, która was do tego zbliży. Jeden krok zmienia Cię o 180 stopni.






Zaplanowałam, że za kilka tygodni w KOŃCU kupuję BANJO! Trzymajcie kciuki :)

Moi dwaj celebryci

Moi dwaj celebryci
Słuchajcie! Dzisiaj po południu wydarzyła się rzecz niesłychana! Otóż Tosiek zażyczył sobie prywatnego fotografa, który zdołałby uwiecznić na zdjęciach piękno i błysk jego futerka! Tym sposobem odwiedziła nas we własnej osobie najsłynniejsza fotograf na tej półkuli ziemskiej- Andżelina!!! Pomyślałam, że pokażę wam efekty jej pracy!
























Attention! 
Zdjęcia robiłam TYLKO telefonem i nie mam zielonego pojęcia o fotografii. Proszę pod tym kątem nie oceniać :) Thank you! Pierwszy model- Tosiek
Drugi model- Pazurek.



Jak muzyka wpływa na Twoje zachowania? Czyli jesteś tym czego słuchasz

Jak muzyka wpływa na Twoje zachowania? Czyli jesteś tym czego słuchasz
 Całkiem niedawno zamieściłam post, w którym przedstawiłam wam najnowsze badania, które miały na celu wykazać, że nie tylko ludzie reagują na muzykę (O muzyce dla...kotów! ).
 Jednak kiciusie kiciusiami, ale pewne jest że tylko my potrafimy korzystać z muzyki w stu procentach. I to na całego! Bo nie tylko w sferze emocjonalnej.



Słuchanie muzyki pobudza układ krwionośny oraz oddechowy ze względu na emocje, które podczas tego doświadczamy. Rytmika i tempo przy szybkich utworach przyspieszają, a przy smutnych spowalniają.  Jeżeli podczas nauki zdecydujemy się na słuchanie muzyki klasycznej to spowodujemy  również pobudzenie ośrodków mózgowych odpowiedzialnych za zapamiętywanie. Jednak uniwersalnym faktem jest że nasz mózg podczas dźwiękowych uniesień produkuje hormony odpowiedzialne za nastrój i samopoczucie. Warto w tym miejscu dodać informację o pewnym badaniu. W 2001 roku magazyn "Nature" zamieścił artykuł o eksperymencie, z którego wywnioskowano, że ludziom głuchym od urodzenia, którym stymulowano muzyką bezpośrednio wewnętrzne elementy ucha, w mózgu doszło do uruchomienia się części odpowiedzialnej za rejestrowanie wrażeń słuchowych.




Według badań (STOMP) to jakiej muzyki słuchamy zależy od naszej inteligencji.  I tak ustalono, że fani:

Rocka, Muzyki alternatywnej, Heavy Metalu- Są otwarci, mają zamiłowanie do sportu, są inteligentni, mają zdolności werbalne

Bluesa, Jazzu, Folkowej- Są ekstrawertykami (czyli: żywi, aktywni, towarzyscy, poszukujący doznań), swobodni, mają poczucie własnej wartości, wysoki poziom inteligencji i kreatywności. 

Muzyki klasycznej i opery- Są introwertykami (czyli: skupieni na wnętrzu, uczuciach, doznaniach), kreatywni, z wysoką samooceną, delikatni, z dystansem spoglądający na świat i na siebie

Country, Muzyki religijnej, popu, muzyki filmowej- Są ugodowi, ekstrawertycy, sumienni, mają poczucie własnej wartości, bogaci wewnętrznie, pracowici, konwencjonalni

Hip Hopu, soulu, funku, muzyki elektronicznej, dance- Są ekstrawersyjni, ugodowi, liberalni politycznie, lubią sport, kreatywni, spokojni, mają wysoką samoocenę

Reggae- Są leniwi, towarzyscy, łagodni, spokojni, wysoko się cenią



Muzyka powoduje zmniejszenie bólu i lęku- zwłaszcza po operacji. Udowodniło to nowe badanie (2015r.) zamieszczone w magazynie "The Lancet". Zespół naukowców z londyńskiego uniwersytetu przeprowadził eksperyment na siedmiu tysiącach ochotników. Taka forma terapii sprawiła, że pacjenci rzadziej korzystali z leków przeciwbólowych oraz byli bardziej zadowoleni z rezultatów zabiegów. Podobno najlepsze efekty dają utwory o jednostajnym rytmie i łagodnej linii melodycznej, które pomagają rozluźnić się i zredukować ból. Niestety nie wpłynęło to na długość pobytu w szpitalu. 





Czym jest muzyka? Może po prostu niebem, z nutami zamiast gwiazd?
Ludwik Jerzy Kern



Źródła:

www.focus.pl
www.psychologia.net.pl
www.ambient.com.pl
pl.wikipedia.org
www.thelancet.com
www.newsweek.pl

grafika:

  www.google.pl (Tak wiem jeszcze nie uzupełniłam. Może mnie nie zamknął)


Copyright © 2016 Gitara i szpilki , Blogger