Książka

Rozdział 1

“Aleja Smutnej Lawendy”

Codziennie mijam ulicę Karmelkową i staw zaraz obok piekarni Trzy Bułeczki. Pracują tam dwie siostry bliźniaczki- Anna i Sara oraz moja przyjaciółka Lora. Zawsze kiedy wracam z piątkowych zajęć wstępuję do nich aby napić się jedynej w swoim rodzaju herbaty z białej lipy oraz spróbować autorskiego przepisu na babeczki jednej z sióstr. W każdy przeddzień weekendu dziewczyny zaskakują mnie ich smakami i już sama nie wiem czy wolę kalafior z maliną czy białą czekoladę z aronią. Sam klimat pomieszczenia i zapachy sprawiają, że wszystko wydaje się wyjątkowo dobre. Pochłaniam każdy kęs przyglądając się wchodzącym i wychodzącym klientom, piekącym się na kamiennym piecu chlebom oraz krajobrazowi za oknem. Miasteczko jest niewielkie więc bez problemu rozpoznaję spacerującą w oddali Amelię z psem Bartkiem. Trochę kręcą się bez celu, ale z każdym krokiem są coraz bliżej mojego okna. Zwierzę niezbyt zadowolone spacerem w zimnie i deszczu próbuje zerwać się ze smyczy. Szeroko otwiera paszczę i rwie się na wszystkie strony. W końcu jednak otrzymuje pełną garść przysmaków, trochę się uspokaja i idzie spokojnie przy nodze. Potem potulnie daje się przywiązać obok drzwi Trzech Bułeczek za co dostaje kolejną garść kurczakowych rybek. Amelia wchodzi przez drzwi i przeciera zaparowane okulary. Jej blond mysie włosy od deszczu wyglądają prawie jak sople. W puchowej kurtce przypomina mi pingwina i kto by pomyślał, że jest starszą siostrą Lory. Kiedy wita się ze wszystkimi zastanawiam się skąd  czerpie siły wracając po całym dniu pracy w fabryce tkanin. Zanim jeszcze znikła za ścianą  drugiego pomieszczenia radośnie do mnie pomachała. Nalałam sobie kolejną filiżankę herbaty i ponownie wracam do moich zaokiennych obserwacji. Odrobinę się ściemniło więc niewiele widzę. Na pewno rozpoznaję wychodzącą z apteki panią Butler z lekami dla męża. Sześćdziesięciolatek od trzech lat ma chore nerki, a od dwóch nie wychodzi z domu w ogóle. To znaczy ja go tyle czasu nie widziałam, a mieszkam obok. Powoli włączają się światła uliczne i zaczyna robić się pusto. W małym miasteczku wszystko zasypia. Biorę ostatni łyk herbaty i podnoszę się z fotela.
Kiedy wychodzę z lokalu zwykle dochodzi godzina dwudziesta. Jest już kompletnie ciemno oraz mam wrażenie ,że temperatura spadła o dobre kilka stopni. Czuję jak zamarza mi nos, a do tego wiatr co chwilę podnosi mój kapelusz do góry. Mogę trzymać go jedynie lewą ręką, ponieważ w prawej niosę jeszcze ciepłą chałkę i kilka bułek.  Aby trafić do mojego domu muszę cofnąć się kilka metrów do tyłu i skręcić na rogu Wrzosowej w alejkę Smutnej Lawendy. Mieszkam praktycznie na jej samym końcu, zaraz za domem państwa Butler. W zasadzie droga ciągnie się jeszcze w prawo, ale to ślepa uliczka z niczyją stodołą. Lubię czasami się tam skradać i malować. W dawnym poidle ukryłam sztalugę z płótnem oraz farby i pędzle. Pod grubą warstwą siana na szczęście jeszcze nie przemarzły.  Dla mnie sztuka jest formą medytacji. Zwłaszcza kiedy mogę schować się przed całym światem i wiem, że nikt mi nie przeszkodzi. Potrafię przez pół dnia zatapiać się w swoich marzeniach i tworzyć. Jeśli pokażesz mi swój obraz, powiem ci kim jesteś.
Moje różowe botki z brokatem wystukują rytm, który niesie się echem urozmaicając smętne wycie wiatru. Przez kapelusz przesunięty na jedną stronę praktycznie nie widzę drogi, ale w zasadzie nie dbam o to ponieważ moje myśli krążą wokół grudniowego wernisażu, na który przygotowałam cztery obrazy. To będzie mój debiut. Nie powiedziałam nic Lorze. Udało mi się ją ubłagać żeby poszła ze mną na premierową wystawę mojego znajomego. Chcę zobaczyć jej minę kiedy przeczyta na płótnie moje nazwisko. Jeszcze tylko kilka kroków. Coraz bliżej. Mam ochotę na gorącą kąpiel i wieczór spędzony z muzyką fortepianową. Będę mogła założyć milusi szlafrok i ciapy- króliczki. I znając życie zasnę po dwudziestej trzeciej z książką w dłoni. Mijam jakąś ogromną i drogą rezydencję by zaraz za moment ujrzeć zapadający się stary dom, a potem jeszcze tylko posiadłość państwa Butlerów i będę na miejscu. Chwila moment.

Głowa nie przestaje mnie boleć odkąd się obudziłam. Nie mam pojęcia, która jest godzina ani jak długo spałam. Czuję się jakbym wróciła z imprezy życia. Najchętniej wcale nie wstawałabym z łóżka, ale mam trochę do zrobienia. Obserwuję niebo przez okno i zgaduję, że jest już po dwunastej. Jak zwykle wita mnie brak słońca oraz szara rzeczywistość mojego miasteczka. Tu nigdy nic szczególnego się nie dzieje. Wszystko płynnie przemija. Z czasem można się przyzwyczaić. Podobno. Tylko ja nie potrafię. Marzy mi się ogromne miasto. Nowy Jork albo Kalifornia. Jeśli przyszła wystawa się powiedzie planuję kolejne, a z czasem może zacznę na tym zarabiać. Wtedy sprzedam mój dom i wynajmę coś małego w metropolii. Podobno jak na debiutantkę idzie mi świetnie. Tak mówi właściciel  galerii, w której zostaną zamieszczone moje prace. Poznałam go podczas czerwcowego pikniku organizowanego przez naszą bibliotekę. Spędziliśmy kilka godzin rozmawiając o tym co oboje kochamy. Pod względem pędzla jesteśmy dla siebie bratnimi duszami. Jimmy obejrzał zdjęcia moich dzieł i w końcu mi się udało. Ktoś mnie zauważył i docenił. Chociaż sam walczy o to aby zdobyć renomę na rynku, podał mi rękę. Na wydarzenie zaprosił kilku dziennikarzy z gazet oraz średniej rangi krytyków. Podobno ma być również sam znajomy siostry redaktora z The Times! Na wernisaż wybrałam akwarelowego kota, nasz park od strony południa namalowany farbami olejnymi, lekką abstrakcję i niebieskiego królika. W piwnicy mam jeszcze cały arsenał dzieł, ale te chyba najbardziej kocham.
W końcu wstałam z łóżka, ale zawroty głowy z powrotem przyciągnęły mnie do niego jak magnes. Usiadłam i chwilę pomasowałam czoło. Niewiarygodne jak bardzo musiałam się przeziębić . Nie znam innego wytłumaczenia na moje objawy. Tylko zatoki potrafią tak bardzo człowieka położyć. Dzisiaj jest sobota. Będę miała kilka godzin na malowanie. Tylko najpierw jestem umówiona na czternastą przy Trzech Bułeczkach z Jimmym w sprawie szczegółów wernisażu. Jak dobrze, że mam zegar na ścianie i nie muszę szukać telefonu żeby sprawdzić godzinę. Dopiero dziesiąta. W końcu chwiejnie podnoszę się i podchodzę do szafy. Wyciągam lawendową sukienkę z bufkami na rękawach i różowy sweterek. Teraz jeszcze tylko dwie godziny stylizacji w łazience i będę gotowa.
Schodzę po schodach w dół i dociera do mnie coś na co nie zwróciłam wcześniej uwagi. Aby nabrać pewności szybko zmierzam w stronę łazienki, a potem rzucam ubrania trzymane w rękach na kosz. Staję przed zabytkowym lustrem z pozłacaną ramą  i widzę na sobie bordową sukienkę. Moje brązowe włosy są roztrzepane oraz napuszone podobnie jak ogon u królika. Wyglądam marnie. Blada twarz i wyblakły makijaż z czarnymi plamami tuszu do rzęs pod oczami sprawiają, że mogłabym zagrać ducha w teatrze dramatycznym. Próbuję przypomnieć sobie coś z wczorajszego wieczoru. Pamiętam, że wracałam do domu i było bardzo zimno. Szłam szybko i byłam już naprawdę blisko. Jakiś huk na pewno. I szczekanie psów. Potem ciemność. Nie mam pojęcia co stało się ze mną później.

Wzięłam długą kąpiel, a potem przebrałam się w świeże ubrania. Wyprostowałam włosy i doprowadziłam moją twarz do porządku. Trzy tabletki z ibuprofenem powoli ukoiły ból głowy, więc odetchnęłam z ulgą. Nie mam żadnych siniaków ani otarć, ale również czasu, aby myśleć nad tym co się wydarzyło. Mam mniej niż godzinę na wyjście z domu. Ruszyłam więc do kuchni zrobić sobie śniadanie. Szukam wczorajszego pieczywa wraz z wiklinowym koszem na zakupy, w którym się znajdowało, ale nie mam pojęcia gdzie jest. Zawsze zostawiam go na piecyku, a teraz przepadł jak kamfora. Jasne nie mam pojęcia jak trafiłam wczoraj do domu, ale to czynność, którą ponawiam instynktownie od pięciu lat. Machnęłam na to ręką i postanawiam sprawdzić resztki sprzed dwóch dni w chlebaku. Ujrzałam jedynie kilka spleśniałych kromek. W takim tempie? Bez wilgoci? Szybko im poszło. A więc pozostała mi tylko herbata.
Mam pół godziny czasu, więc idę wolnym krokiem. Miasto spowija mgła i jest równie zimno jak wczoraj. Przed wyjściem udało mi się znaleźć telefon, który leżał na fotelu w sypialni, ale był rozładowany. Na szczęście zegar na ratuszu pomoże mi kontrolować czas. Dzisiaj założyłam płaskie buty, więc idę zdecydowanie szybciej niż wczoraj. Ponownie mijam dom państwa Butlerów, waląca się rudera, potem droga rezydencja. Wychodzę z alejki Smutnej Lawendy i skręcam na rogu Wrzosowej. Idę kilka metrów i tak trafiam na ulicę Karmelkową. Widzę jak kilka osób nerwowo kręcąc się obok przystanku czeka na autobus. Z parku wydobywa się głośne krakanie wron. Zbiera się na deszcz, więc jeszcze bardziej przyspieszam. Docieram pod Trzy Bułeczki pięć minut przed czasem. Razem z Jimmym udamy się dzisiaj do jego własnej galerii sztuki i tam omówimy szczegóły wernisażu. Nie mogę się doczekać.
Jest już dwadzieścia minut po czasie, a jego nadal nie ma. Stoję pomiędzy starą kamienicą, a frontem Trzech Bułeczek. Ludzie wchodzą i wychodzą, a opary ciepła i zapachów doprowadzają mnie na skraj wytrzymania nerwowego. Gdybym mogła zadzwoniłabym do Jimmiego z pretensjami, ale nie mam jak, bo mój cholerny telefon postanowił się rozładować. Stoję i przyglądam się jak wskazówki zegara na ratuszu leniwie się przesuwają, a  kolejne minuty bezlitośnie mijają. Przebieram nerwowo nogami w miejscu przez co przypominam teraz ludzi stojących na przystanku na przeciwko mnie. Mam dość. Muszę w końcu coś zjeść, inaczej zemdleję. Jest mi już naprawdę słabo. Chwytam w locie zamykające się drzwi i wchodzę do środka Trzech Bułeczek. Wita mnie radosny uśmiech Lory i ozdabiająca babeczki Anna, która na dźwięk nowego klienta podniosła na chwilę głowę. Podchodzę do lady, a moja przyjaciółka wychodzi do mnie, aby się przytulić.
  • Wszystko w porządku z mamą? Nawet nie zadzwoniłaś. Martwiłam się- Lora potrząsnęła moimi ramionami i spojrzała z troską prosto w moje oczy.
  • O czym mówisz? Przecież nic się nie wydarzyło. Jest wszystko po staremu.
Zaskoczyła mnie ta nagła troska mojej przyjaciółki. Dobrze wie, że moja mama od lat jest zaangażowaną weganką i uprawia każdy możliwy sport. Mieszka w miasteczku u podnóża gór. Mam do niej pięć godzin drogi, dlatego rzadko się widujemy. Przedwczoraj  dała mi znać, że za miesiąc bierze udział w triathlonie. To kobieta z zupełnie innej bajki niż ja. W dodatku zdrowa jak koń. Co mogłoby się jej stać?
  • No wiesz, sama wysłałaś mi smsa. Napisałaś, że wylądowała w szpitalu więc natychmiast musisz do niej jechać. Nic więcej nie mówiłaś, a potem nie odbierałaś telefonu kiedy po raz setny dzwoniłam. Myślałam, że w tych górach nie masz zasięgu.
  • Lora jakim cudem miałabym pojechać do niej po wyjściu od was, a potem wrócić dzisiaj rano?
  • Trzy dni temu.
  • Jak trzy dni temu? O czym ty mówisz?
  • Ostatni raz w Trzech Bułeczkach byłaś trzy dni temu.




Rozdział 2

“Latarka”

Już prawie dwudziesta druga. Siedzę schowana w ogromnym, bujanym fotelu z książką w rękach. W oddali cicho gra muzyka, powoli mnie usypiając. Co chwilę podnoszę wzrok znad kartek i wyglądam przez okno. Może jeszcze przyjdzie. Płozy skrzypią w rytm tykania zegara, dodając akompaniament dźwiękom z mojego ukochanego gramofonu. Właśnie kończę ostatni rozdział “Powrotu o świcie” i już wiem, że to Dormunda dodała cyjanek do zupy męża, ponieważ to przez niego straciła cały zamek. Doczytałam ostatnie zdanie i wstałam z fotela żeby dopić wino. Całą butelkę wciągnęłam w godzinę  i czuję się trochę otumaniona. To było niemądre. Czekam w końcu na gościa. Odkładam książkę na półkę, zwalając przy tym kilka innych rzeczy i czuję, że to moment, aby potańczyć. Wyłączam gramofon i podłączam głośniki do laptopa. Jak dobrze, że mieszkam sama i mogę robić wszystko to na co mam ochotę. Podskakuję i śpiewam tak jakbym była w trakcie najlepszej imprezy. Tej piosenki akurat nie znoszę, ale jest mi lepiej kiedy się wykrzyczę, dlatego oddaję się jej rytmom. Potrzebuję teraz coś mocniejszego. Obracam się co kilka schodków zmierzając na dół i prawie ląduje twarzą w podłodze. Na szczęście w  ostatniej chwili oparłam się o ścianę i jedynie lekko uderzyłam się w głowę. Otwieram lodówkę, ale oprócz jedzenia, mleka i soku, nic wartego uwagi nie dostrzegam. Mam nadzieję, że w szafce w korytarzu nadal jest ukryta moja Grey Goose na czarną godzinę. Prędko idę tam, aby sprawdzić. Zaraz obok kilku par szpilek stoi schowana w cieniu piękna butelka, lekko posiwiała od kurzu. O tak. Lepiej być nie może! Resztę wieczoru spędzę z gąską! Od razu odkręcam i biorę łyk. Mocne, ale to nic w porównaniu z tym co czuję. Muszę zabić smutek czymś silniejszym. Zamykam oczy i skupiam się na dźwiękach. Kolejnej piosenki nie znam, ale za to jest zdecydowanie szybsza. Czuję jak muzyka powoduje wibracje w moim ciele, ale momentami jednak coś ją zakłóca...Dzwonek do drzwi! Chwilę się waham czy na pewno mam ochotę pokazać się w takim stanie, ale co jeśli to ona? Biorę jeszcze jeden łyk wódki po czym trochę mną wstrząsa. Podbiegam i szybko przekręcam zamek. Uderza mnie podmuch zimnego powietrza zmieszany z zapachem ogniska. Nie widzę nikogo. Wychodzę na werandę, nie przekraczając strefy zewnętrznego oświetlenia, ale w ciemności nie mogę dostrzec żadnego punktu. Widzę tylko świecące gwiazdy na niebie i lecący w górze samolot. Może przez muzykę i alkohol zgłupiałam. Jest zdecydowanie za głośno. Wracam do domu i po drodze zabieram ze sobą wódkę, lód i sok. Kiedy ściszyłam włączone lokalne radio jest o wiele bardziej komfortowo. Pijąc drinka patrzę przez okno. Zrobiła się straszna mgła. Coraz bliżej zima, a co za tym idzie brak słońca i depresja. Biorę kilka głębszych łyków żeby o tym nie myśleć. Jestem zła na Lorę za to że nie przyszła. Odłączam telefon od ładowarki i dzwonię do niej. Kilkanaście sygnałów połączenia, ale nie odbiera. Próbuję jeszcze trzy razy i wysyłam smsa. Mam nadzieję, że się odezwie, a jeśli nie to rano zrobię jej awanturę. Dolewam sobie alkoholu do soku i widzę, że dobiłam do połowy butelki. Szybko mi idzie. Zdecydowałam się wyłączyć muzykę i szukam teraz czegoś ciekawego w telewizji. Kilka nocnych teleturniejów i komedia romantyczna. Wybieram komedię. Patrzę jak dwie młode nastolatki po raz pierwszy w życiu, spędzają czas na wakacjach na Hawajach, świetnie się bawiąc. Nigdy nie byłam za granicą, więc wewnętrznie podzielam ich radość. Teraz tym bardziej nie pojadę, skoro w momencie, w którym kontaktowałam się z Jimmym, powiedział mi że jestem niepoważna i nie robi interesów z ludźmi, którzy go wystawiają. Ale co ja mam poradzić na to że sama nie wiem co robiłam przez ostatnie trzy dni? Walić go. Walić to. Dam sobie radę bez jego pomocy. Będę sprzedawać obrazy w internecie. Tylko najpierw muszę ustalić co robiłam przez ostatnie  osiemdziesiąt dwie godziny. Nawet pijana na samą myśl z jednej strony panikuję, a z drugiej zaczynam się siebie bać. Jak można stracić pamięć na trzy dni, a potem nagle obudzić się we własnym łóżku? Mam nadzieję, że nie zrobiłam nic głupiego, przez co mogłabym mieć teraz problemy. Ku mojej radości Lora dzwoni równo o pierwszej w nocy.
  • Hej Chloe mam nadzieję, że nie urwiesz mi głowy, ale byłam na bardzo ważnym spotkaniu i trochę się przedłużyło- Moja przyjaciółka zdecydowanie była poddenerwowana.
  • Z kim się widziałaś?
  • W sumie to nieważne. Słyszę, że jesteś pijana. Idź już spać. Martwię się o Ciebie. Jeśli chcesz to pojadę z Tobą po jutrze na tę wizytę u lekarza.
  • Na pewno przyda mi się wsparcie, ale nie zmieniaj teraz tematu. Mogłaś napisać smsa. Pewnie jesteś u niego!
  • Chloe nie bądź zła. Tak wyszło. Przepraszam. W czwartek się spotkamy i pogadamy. Muszę już kończyć. Przepraszam jeszcze raz. Buziaki. Papa!
  • Pa- Odpowiedziałam i rzuciłam telefon na fotel.


Wyłączyłam telewizor i położyłam się pod kołdrę. Bardzo kręci mi się w głowie, więc nie wykluczam, że zaraz pogoni mnie do łazienki. Kiedy już prawie śpię, uderza mnie dźwięk jadących na sygnale służb ratunkowych. Jestem ciekawa co się stało i kto potrzebował pomocy, ale również zbyt pijana żeby się podnieść i wyjrzeć przez okno. Zamykam oczy, a potem od razu odpływam. Śnią mi się straszne rzeczy. Jestem sama na pustyni i słońce pali moją skórę. Jest okropnie gorąco przez co tracę przytomność. Tak bardzo pragnę wody, że dałabym się pokroić za jeden łyk! Nagle widzę latające ptaki w powietrzu. Strasznie skrzeczą. Czekają na moją pewną śmierć. Jednak coś silniejszego je zagłusza. Ktoś jedzie. Ciężarówka? Na pustyni? Dźwięk jest okropny. Zaczynam krzyczeć i rzucać się na wszystkie strony. Nagle silnie upadam i budzę się zawinięta w kołdrę na swojej podłodze. Trochę otumaniona siadam i rozglądam się po pokoju. Za oknem jest nadal ciemno. Księżyc centralnie świeci na moje łóżko, więc przesuwam się na bok, tam gdzie mnie nie dosięgnie. Po chwili dociera do mnie, że ktoś uderza o drzwi. Niedbale zakładam szlafrok i przecieram oczy ze zmęczenia. Czuję się trochę lepiej niż w momencie, w którym szłam spać. Ostrożnie schodzę na dół zastanawiając się czy ktoś pijany w środku nocy nie zabłądził. Oczywiście podobnie jak ja pijany. Wcale się nie wywyższam. Mogłabym podzielić się z nim wrażeniami. Jednak kiedy docieram do drzwi dźwięk ustaje. Może znowu tylko mi się wydawało? Zapalam boczne światło, nad komodą w korytarzu i zerkam na siebie w lustrze. Wyglądam jakby poszarpał mnie pies. Opatulam się jeszcze bardziej ciepłym pluszem i otwieram drzwi.  Odurza mnie podmuch wiatru, ale ponownie jak kilka godzin temu widzę, że nie ma nikogo. Stoję i patrzę się w przestrzeń, chyba licząc na to że zaraz ktoś magicznie wyskoczy. Oczywiste jest to że nic takiego się nie dzieje. Jedynie dostrzegam, że na dworze jest trochę jaśniej. Powoli noc ustępuje dniu. Jak na październik to chyba dość szybko. Czuję chłodne, rześkie powietrze, które sprawia, że jest mi lepiej. Dzięki  alkoholowi we krwi nie bardzo jest mi zimno. To nie najlepszy pomysł, ale wracam się po kapcie i wychodzę na werandę. Siadam w bujanym fotelu i zamykając oczy biorę głęboki wdech. Powoli wariuję. Najpierw tracę pamięć na trzy dni, a teraz słyszę głosy. Przecież oprócz mnie tu nikogo nie ma. To normalne, spokojne miasteczko. Czasami jakiś pijany facet wracając z karczmy położy mi się pod drzwiami. Nic poza tym. Chloe rozumiesz?! Wszystko jest winą twojego mózgu. Coś musiało mi się poprzestawiać. Badania psychologiczne na pewno wszystko wyjaśnią. Dostanę leki i przy odrobinie szczęścia załapię się na wyjazd do sanatorium, położonym w pięknym kurorcie. W końcu wszystko zawsze dobrze się kończy.

Przymykam na chwilę oczy wpadając w trans bujanego fotela, niczym dziecko w kołysce.
Zaczynam rozmyślać o przeszłości. Przypominam sobie, że kiedy miałam osiem lat najgorszy łobuz z klasy- Marcus, zepchnął mnie z murku na beton. Miał okropne czarne, kręcone włosy i trzy zęby na krzyż. Był najgrubszym dzieckiem w okolicy. W plecaku zwykle nosił więcej słodyczy niż zeszytów. Kiedy pewnego popołudnia bawiliśmy się na placu zabaw w zamek, powiedział mi że jestem zbyt brzydka na księżniczkę. Nie wytrzymałam takiego upokorzenia i uszczypnęłam go w policzek. Marcus odruchowo machnął swoją ręką grubości serdelka, celując w moją pierś. Nim zdążyłam krzyknąć- Nie! Leżałam na betonie, a obok mnie płynęła cienka strużka krwi. Wszystkie dzieci odruchowo zamarły, a ja byłam na tyle przerażona, że nawet nie potrafiłam się rozpłakać. Marcus usiadł, a następnie zeskoczył wraz ze swoim tłustym tyłkiem z murku i tyle go widziałam. Ze strachu pobiegł do domu. Ja sama w końcu się podniosłam i pomimo bólu, łez w oczach i zawrotów głowy powiedziałam dzieciom, że wszystko jest w porządku i wracam do rodziców. Niestety akurat nikogo w mieszkaniu nie było. Widziałam, że tato robił coś przy samochodzie w garażu, a mama- jak się później dowiedziałam, wyszła do przyjaciółki. Sama musiałam umyć włosy. Krew na szczęście już więcej nie płynęła. Zresztą przez moje kręcone włosy ciężko było coś dostrzec. Bardzo mnie bolało, ale nie mogłam się rozpłakać. Wolałam pójść spać i tak też zrobiłam. Następnego dnia, a potem kolejnego udało mi się zachować tajemnicę. Potem ukrywałam problemy z głową. Wieczne zawroty, omdlenia, stałe zapominalstwo, a co gorsza złe oceny w szkole, ponieważ dłuższy tekst był dla mnie wyzwaniem. Może TO znowu powróciło. Chociaż od kilku lat wszystko było w porządku.
 

Słyszę czyjś przeraźliwy krzyk i podnoszę się z prędkością błyskawicy. Momentalnie strach paraliżuje mnie i wstrzymuje oddech. Nagle jedna sekunda oznacza wieczność. Cała drżę i nie potrafię zrobić nawet kroku w tył. Wytężam słuch niczym zwierzę w lesie, ale słyszę jedynie szumiący wiatr. Co mam zrobić? Czekam aż coś się wydarzy, ale nie następuje nic. Powoli się  uspokajam i podchodzę do balustrady. To nie moment na strach. Może ktoś potrzebuje pomocy. Tylko spokojnie. Serce bije mi jak oszalałe, ale przypływ adrenaliny sprawia, że zaciskam pięści i zastanawiam się jak bohaterzy w książkach zachowują się w podobnej sytuacji. Nie mogę być egoistką i nagle uciec jak zwykły tchórz. Nagle zauważam na polu w oddali światło latarki. Porusza się w górę i w dół tak jakby ktoś dawał mi sygnał. Skupiam swój wzrok żeby odczytać cokolwiek. Ponownie słyszę przeraźliwy krzyk, który powoduje, że nagle skaczę i ląduję tyłem obok fotela. Prędko odwracam się i biegnę do kuchni po coś czym mogłabym oświetlić sobie drogę. Szuflady jak zwykle są zapełnione wszystkim i niczym. Mam tylko zapałki. Potrzebuję też czegoś do obrony. Nie wiem w końcu co się wydarzyło. Wyciągam nóż i chwilę się waham, patrząc na jego ostrze. Wiem jednak, że moje bezpieczeństwo jest najważniejsze. Wkładam obie rzeczy do kieszeni szlafroka. Biegnę na górę po telefon żeby posłużył mi za latarkę, ale nie potrafię go znaleźć. Nie mam na to czasu. Zmieniam ciapy na buty sportowe i wybiegam. Zatrzymuję się dopiero przy topoli, aby zlokalizować punkt. Początkowo myślałam, że ktoś wyłączył latarkę, ale teraz dostrzegam, że ona jednak leży na ziemi, dając ledwo widoczne światło. W momencie, w którym dopada mnie myśl stchórzenia słyszę głośne “Pomocy!” i strach jeży mi włosy na głowie, a wręcz na całym ciele. Gdyby to był zwykły krzyk pewnie wzięłabym nogi za pas, ale teraz wiem, że ktoś mnie potrzebuje. Trzęsącymi się dłońmi wyciągam telefon i wybieram numer policji. Kilka chwil oczekiwania na połącznie i dodzwoniłam się do centrali. Nim jednak zdążę wydać z siebie dźwięk, ktoś chwyta mnie za usta i trzyma tak długo aż substancja, którą wstrzykuje mi w szyję powoduje, że oddalone światło latarki o sześćdziesiąt metrów rozpływa się. Po chwili widzę już tylko ciemność.
Copyright © 2016 Gitara i szpilki , Blogger