Piszę książkę

Piszę książkę
Hej wam po długiej przerwie.


Nie jestem zwolenniczką postanowień noworocznych, ale wizja dwunastu miesięcy dała mi myśl, aby powrócić do pisania książek. Planuję do następnej zimy wydać jedną oraz moje wiersze. Nie zakładam, że to będzie bestseller ani że sprzedam więcej niż dziesięć egzemplarzy :D Chodzi o samą potrzebę twórczą. Zresztą kto wydaje się ciekawszy: Człowiek ze słabą książką czy człowiek bez książki?




Zamieszczam pierwszy rozdział, ponieważ strasznie korciło mnie żeby się pochwalić :)





Rozdział 1



Codziennie mijam ulicę Karmelkową i staw zaraz obok piekarni Trzy Bułeczki. Pracują tam dwie siostry bliźniaczki- Anna i Sara oraz moja przyjaciółka Lora. Zawsze kiedy wracam z piątkowych zajęć wstępuję do nich aby napić się jedynej w swoim rodzaju herbaty z białej lipy oraz spróbować autorskiego przepisu na babeczki jednej z sióstr. W każdy przeddzień weekendu dziewczyny zaskakują mnie ich smakami i już sama nie wiem czy wolę kalafior z maliną czy białą czekoladę z aronią. Sam klimat pomieszczenia i zapachy sprawiają, że wszystko wydaje się wyjątkowo dobre. Pochłaniam każdy kęs przyglądając się wchodzącym i wychodzącym klientom, piekącym się na kamiennym piecu chlebom oraz krajobrazowi za oknem. Miasteczko jest niewielkie więc bez problemu rozpoznaję spacerującą w oddali Amelię z psem Bartkiem. Trochę kręcą się bez celu, ale z każdym krokiem są coraz bliżej mojego okna. Zwierzę niezbyt zadowolone spacerem w zimnie i deszczu próbuje zerwać się ze smyczy. Szeroko otwiera paszczę i rwie się na wszystkie strony. W końcu jednak otrzymuje pełną garść przysmaków, trochę się uspokaja i idzie spokojnie przy nodze. Potem potulnie daje się przywiązać obok drzwi Trzech Bułeczek za co dostaje kolejną garść kurczakowych rybek. Amelia wchodzi przez drzwi i przeciera zaparowane okulary. Jej blond mysie włosy od deszczu wyglądają prawie jak sople. W puchowej kurtce przypomina mi pingwina i kto by pomyślał, że jest starszą siostrą Lory. Kiedy wita się ze wszystkimi zastanawiam się skąd  czerpie siły wracając po całym dniu pracy w fabryce tkanin. Zanim jeszcze znikła za ścianą  drugiego pomieszczenia radośnie do mnie pomachała. Nalałam sobie kolejną filiżankę herbaty i ponownie wracam do moich zaokiennych obserwacji. Odrobinę się ściemniło więc niewiele widzę. Na pewno rozpoznaję wychodzącą z apteki panią Butler z lekami dla męża. Sześćdziesięciolatek od trzech lat ma chore nerki, a od dwóch nie wychodzi z domu w ogóle. To znaczy ja go tyle czasu nie widziałam, a mieszkam obok. Powoli włączają się światła uliczne i zaczyna robić się pusto. W małym miasteczku wszystko zasypia. Biorę ostatni łyk herbaty i podnoszę się z fotela.
Kiedy wychodzę z lokalu zwykle dochodzi godzina dwudziesta. Jest już kompletnie ciemno oraz mam wrażenie ,że temperatura spadła o dobre kilka stopni. Czuję jak zamarza mi nos, a do tego wiatr co chwilę podnosi mój kapelusz do góry. Mogę trzymać go jedynie lewą ręką, ponieważ w prawej niosę jeszcze ciepłą chałkę i kilka bułek.  Aby trafić do mojego domu muszę cofnąć się kilka metrów do tyłu i skręcić na rogu Wrzosowej w alejkę Smutnej Lawendy. Mieszkam praktycznie na jej samym końcu, zaraz za domem państwa Butler. W zasadzie droga ciągnie się jeszcze w prawo, ale to ślepa uliczka z niczyją stodołą. Lubię czasami się tam skradać i malować. W dawnym poidle ukryłam sztalugę z płótnem oraz farby i pędzle. Pod grubą warstwą siana na szczęście jeszcze nie przemarzły.  Dla mnie sztuka jest formą medytacji. Zwłaszcza kiedy mogę schować się przed całym światem i wiem, że nikt mi nie przeszkodzi. Potrafię przez pół dnia zatapiać się w swoich marzeniach i tworzyć. Jeśli pokażesz mi swój obraz, powiem ci kim jesteś.
Moje różowe botki z brokatem wystukują rytm, który niesie się echem urozmaicając smętne wycie wiatru. Przez kapelusz przesunięty na jedną stronę praktycznie nie widzę drogi, ale w zasadzie nie dbam o to ponieważ moje myśli krążą wokół grudniowego wernisażu, na który przygotowałam cztery obrazy. To będzie mój debiut. Nie powiedziałam nic Lorze. Udało mi się ją ubłagać żeby poszła ze mną na premierową wystawę mojego znajomego. Chcę zobaczyć jej minę kiedy przeczyta na płótnie moje nazwisko. Jeszcze tylko kilka kroków. Coraz bliżej. Mam ochotę na gorącą kąpiel i wieczór spędzony z muzyką fortepianową. Będę mogła założyć milusi szlafrok i ciapy- króliczki. I znając życie zasnę po dwudziestej trzeciej z książką w dłoni. Mijam jakąś ogromną i drogą rezydencję by zaraz za moment ujrzeć zapadający się stary dom, a potem jeszcze tylko posiadłość państwa Butlerów i będę na miejscu. Chwila moment.

Głowa nie przestaje mnie boleć odkąd się obudziłam. Nie mam pojęcia, która jest godzina ani jak długo spałam. Czuję się jakbym wróciła z imprezy życia. Najchętniej wcale nie wstawałabym z łóżka, ale mam trochę do zrobienia. Obserwuję niebo przez okno i zgaduję, że jest już po dwunastej. Jak zwykle wita mnie brak słońca oraz szara rzeczywistość mojego miasteczka. Tu nigdy nic szczególnego się nie dzieje. Wszystko płynnie przemija. Z czasem można się przyzwyczaić. Podobno. Tylko ja nie potrafię. Marzy mi się ogromne miasto. Nowy Jork albo Kalifornia. Jeśli przyszła wystawa się powiedzie planuję kolejne, a z czasem może zacznę na tym zarabiać. Wtedy sprzedam mój dom i wynajmę coś małego w metropolii. Podobno jak na debiutantkę idzie mi świetnie. Tak mówi właściciel  galerii, w której zostaną zamieszczone moje prace. Poznałam go podczas czerwcowego pikniku organizowanego przez naszą bibliotekę. Spędziliśmy kilka godzin rozmawiając o tym co oboje kochamy. Pod względem pędzla jesteśmy dla siebie bratnimi duszami. Jimmy obejrzał zdjęcia moich dzieł i w końcu mi się udało. Ktoś mnie zauważył i docenił. Chociaż sam walczy o to aby zdobyć renomę na rynku, podał mi rękę. Na wydarzenie zaprosił kilku dziennikarzy z gazet oraz średniej rangi krytyków. Podobno ma być również sam znajomy siostry redaktora z The Times! Na wernisaż wybrałam akwarelowego kota, nasz park od strony południa namalowany farbami olejnymi, lekką abstrakcję i niebieskiego królika. W piwnicy mam jeszcze cały arsenał dzieł, ale te chyba najbardziej kocham.
W końcu wstałam z łóżka, ale zawroty głowy z powrotem przyciągnęły mnie do niego jak magnes. Usiadłam i chwilę pomasowałam czoło. Niewiarygodne jak bardzo musiałam się przeziębić . Nie znam innego wytłumaczenia na moje objawy. Tylko zatoki potrafią tak bardzo człowieka położyć. Dzisiaj jest sobota. Będę miała kilka godzin na malowanie. Tylko najpierw jestem umówiona na czternastą przy Trzech Bułeczkach z Jimmym w sprawie szczegółów wernisażu. Jak dobrze, że mam zegar na ścianie i nie muszę szukać telefonu żeby sprawdzić godzinę. Dopiero dziesiąta. W końcu chwiejnie podnoszę się i podchodzę do szafy. Wyciągam lawendową sukienkę z bufkami na rękawach i różowy sweterek. Teraz jeszcze tylko dwie godziny stylizacji w łazience i będę gotowa.
Schodzę po schodach w dół i dociera do mnie coś na co nie zwróciłam wcześniej uwagi. Aby nabrać pewności szybko zmierzam w stronę łazienki, a potem rzucam ubrania trzymane w rękach na kosz. Staję przed zabytkowym lustrem z pozłacaną ramą  i widzę na sobie bordową sukienkę. Moje brązowe włosy są roztrzepane oraz napuszone podobnie jak ogon u królika. Wyglądam marnie. Blada twarz i wyblakły makijaż z czarnymi plamami tuszu do rzęs pod oczami sprawiają, że mogłabym zagrać ducha w teatrze dramatycznym. Próbuję przypomnieć sobie coś z wczorajszego wieczoru. Pamiętam, że wracałam do domu i było bardzo zimno. Szłam szybko i byłam już naprawdę blisko. Jakiś huk na pewno. I szczekanie psów. Potem ciemność. Nie mam pojęcia co stało się ze mną później.

Wzięłam długą kąpiel, a potem przebrałam się w świeże ubrania. Wyprostowałam włosy i doprowadziłam moją twarz do porządku. Trzy tabletki z ibuprofenem powoli ukoiły ból głowy, więc odetchnęłam z ulgą. Nie mam żadnych siniaków ani otarć, ale również czasu, aby myśleć nad tym co się wydarzyło. Mam mniej niż godzinę na wyjście z domu. Ruszyłam więc do kuchni zrobić sobie śniadanie. Szukam wczorajszego pieczywa wraz z wiklinowym koszem na zakupy, w którym się znajdowało, ale nie mam pojęcia gdzie jest. Zawsze zostawiam go na piecyku, a teraz przepadł jak kamfora. Jasne nie mam pojęcia jak trafiłam wczoraj do domu, ale to czynność, którą ponawiam instynktownie od pięciu lat. Machnęłam na to ręką i postanawiam sprawdzić resztki sprzed dwóch dni w chlebaku. Ujrzałam jedynie kilka spleśniałych kromek. W takim tempie? Bez wilgoci? Szybko im poszło. A więc pozostała mi tylko herbata.
 
Mam pół godziny czasu, więc idę wolnym krokiem. Miasto spowija mgła i jest równie zimno jak wczoraj. Przed wyjściem udało mi się znaleźć telefon, który leżał na fotelu w sypialni, ale był rozładowany. Na szczęście zegar na ratuszu pomoże mi kontrolować czas. Dzisiaj założyłam płaskie buty, więc idę zdecydowanie szybciej niż wczoraj. Ponownie mijam dom państwa Butlerów, waląca się rudera, potem droga rezydencja. Wychodzę z alejki Smutnej Lawendy i skręcam na rogu Wrzosowej. Idę kilka metrów i tak trafiam na ulicę Karmelkową. Widzę jak kilka osób nerwowo kręcąc się obok przystanku czeka na autobus. Z parku wydobywa się głośne krakanie wron. Zbiera się na deszcz, więc jeszcze bardziej przyspieszam. Docieram pod Trzy Bułeczki pięć minut przed czasem. Razem z Jimmym udamy się dzisiaj do jego własnej galerii sztuki i tam omówimy szczegóły wernisażu. Nie mogę się doczekać.
Jest już dwadzieścia minut po czasie, a jego nadal nie ma. Stoję pomiędzy starą kamienicą, a frontem Trzech Bułeczek. Ludzie wchodzą i wychodzą, a opary ciepła i zapachów doprowadzają mnie na skraj wytrzymania nerwowego. Gdybym mogła zadzwoniłabym do Jimmiego z pretensjami, ale nie mam jak, bo mój cholerny telefon postanowił się rozładować. Stoję i przyglądam się jak wskazówki zegara na ratuszu leniwie się przesuwają, a  kolejne minuty bezlitośnie mijają. Przebieram nerwowo nogami w miejscu przez co przypominam teraz ludzi stojących na przystanku na przeciwko mnie. Mam dość. Muszę w końcu coś zjeść, inaczej zemdleję. Jest mi już naprawdę słabo. Chwytam w locie zamykające się drzwi i wchodzę do środka Trzech Bułeczek. Wita mnie radosny uśmiech Lory i ozdabiająca babeczki Anna, która na dźwięk nowego klienta podniosła na chwilę głowę. Podchodzę do lady, a moja przyjaciółka wychodzi do mnie, aby się przytulić.
  • Wszystko w porządku z mamą? Nawet nie zadzwoniłaś. Martwiłam się- Lora potrząsnęła moimi ramionami i spojrzała z troską prosto w moje oczy.
  • O czym mówisz? Przecież nic się nie wydarzyło. Jest wszystko po staremu.
Zaskoczyła mnie ta nagła troska mojej przyjaciółki. Dobrze wie, że moja mama od lat jest zaangażowaną weganką i uprawia każdy możliwy sport. Mieszka w miasteczku u podnóża gór. Mam do niej pięć godzin drogi, dlatego rzadko się widujemy. Przedwczoraj  dała mi znać, że za miesiąc bierze udział w triathlonie. To kobieta z zupełnie innej bajki niż ja. W dodatku zdrowa jak koń. Co mogłoby się jej stać?
  • No wiesz, sama wysłałaś mi smsa. Napisałaś, że wylądowała w szpitalu więc natychmiast musisz do niej jechać. Nic więcej nie mówiłaś, a potem nie odbierałaś telefonu kiedy po raz setny dzwoniłam. Myślałam, że w tych górach nie masz zasięgu.
  • Lora jakim cudem miałabym pojechać do niej po wyjściu od was, a potem wrócić dzisiaj rano?
  • Trzy dni temu.
  • Jak trzy dni temu? O czym ty mówisz?
  • Ostatni raz w Trzech Bułeczkach byłaś trzy dni temu.



Copyright © 2016 Gitara i szpilki , Blogger